czarne lepkie babie lato

14 wrzesień 2009 at 6:58 pm (filozofia codzienności, opowiadania?)

Było sobie raz nieznośne lato. Zdarzyło się ono po dość długiej i ciemnej zimie. Zima ta była tak ciemna jak ciemne są koszmary z dzieciństwa. Ciężka i nieprzyjaźnie kłująca ostrym mrozem. Marchewce początkowo wydawało się, że podoba się jej ten mróz. Szybko okazało się jednak, że to nie może się podobać. To była zima, która zamrażała wszystkie ciepłe uczucia. Marchewka zastanawiała się czasem jak to możliwe, że Słońce zgasło na tak długo. Brakowało jej Słońca, tęskniła za nim.

Zimę poprzedzała wcale nie lepsza jesień. Mokra cuchnąca wilgocią i tak samo ciemna. Mimo wyraźnych znaków zapowiadających coś naprawdę strasznego, tamtej jesieni Marchewka była ciągle szczęśliwa, pijana od szczęścia. Być może dlatego nic nie zauważyła, być może to spowodowało, że czujność jej była uśpiona. Nie spostrzegła nawet kiedy tak bardzo oddaliła się od wszystkiego, co znała, co było dobre. Pewnego dnia całe to złudne szczęście pękło łatwo jak bańka mydlana a w jej życiu zapanowała ciemność.

Wydawać by się mogło, że po tak złej jesieni i zimie przyjdzie uskrzydlająca lekka wiosna. Ale jednak nie – wiosna nadciągała dosyć leniwie i kiedy już nastała, Marchewka widziała wokół siebie same przekwitnięte bzy. Dusiła się od zapachów, nie mogła znieść nasycenia barw. Kolory atakowały ją ze wszystkich stron, sprawiały fizyczny ból. Później było już tylko (gorzej?) lato.

Duszne, zakurzone, gorące lato. Słońce, za którym Marchewka tak tęskniła, eksplodowało z całą swoją mocą, powodując rozległe poparzenia. Żałowała wtedy tej tęsknoty a jednocześnie przestała mieć nadzieję, że cokolwiek może jeszcze być dobre. Marchewka powoli wysychała jak rodzynka, z której nieokreślona siła wysysała wszelkie życiodajne soki. Powoli znikała. Powoli przestawała być.

Pewnego dnia spostrzegła, że nie ma jej w lustrze. Od tamtej pory bała się w nie patrzeć. Zastanawiała się, gdzie się podziało odbicie i dlaczego? Odbicie w lustrze nie znika przecież bez powodu.

Siadywała w kucki na betonie i z rezygnacją poddawała się działaniu prażącego wrogiego Słońca. Nie było tam żadnego żywego stworzenia, żadnej rośliny – wszystko dookoła szczelnie wypełnione szarą betonową masą. Powoli przestawała oddychać. Było jej wszystko jedno. Nie czuła żalu, nie czuła smutku, nie tęskniła już za niczym. Nie było nic, nic. Czuła, że wnętrze jej wypełniała próżnia, nicość, pustka, że nie ma tam nawet powietrza. Była do szczętu wyjałowiona, pozbawiona wszelkiego odczucia.

Nawet nie zauważyła kiedy minęło lato i nastała kolejna – tak samo cierpka jesień, kolejna – tak samo przykra, ciemna zima. Przy końcu roku nadeszła myśl, że tu nic nie da się już zrobić. A tak bardzo przecież chciała wytrzymać..

Bezpośredni odnośnik 8 komentarzy

jadę przez urojone miasta

4 marzec 2009 at 2:08 pm (opowiadania?)

WTEDY:

Rozciągam twarz w szerokim uśmiechu.

Słońce razi nieznośnie, prawie nic nie widzę. Mrużę łzawiące oczy i na oślep brnę przez betonową pustynię – ogromny plac. Rozciągam twarz w szerokim uśmiechu na twój widok. Czuję jak drżą mi policzki. Patrząc na ciebie wcale nie słucham tego, co mówisz – machinalnie odpowiadam na zadawane pytania typowymi sloganowymi zwrotami. Zadaję równie typowe pytania: co słychać? co tu robisz? tak, na prawdę? hm, fanie.. to miło..

Patrząc na ciebie wcale nie słucham tego, co mówisz – myślę o sobie. Tak, o sobie właśnie. O tym, jak bardzo i pięknie udaję przed tobą. Strużka potu spływa mi po kręgosłupie. Przecież w ogóle się nie zorientowałeś!

Może tylko to, że spuściłam głowę? Może tylko to, że nie wytrzymałam, nie wytrzymałam.. nie mogłam dłużej patrzeć na ciebie. Spuściłam głowę. Żałowałam wtedy, że nie mam długich włosów, że mojej twarzy nie zakrywa zasłona włosów, pod którą nie musiałabym już udawać tego ciężkiego uśmiechu.

Muszę lecieć, trzymaj się, pa! Muszę już iść, śpieszę się…

***

Jadę tramwajem. Wielicka, Limanowskiego, Kalwaryjska.. o niczym nie myślę.

____________________________________________________________

TERAZ:

Rozciągam twarz w szerokim uśmiechu.

Cholera! Ależ to słońce razi! marszczę brwi i marzę by przebrnąć już przez ten nieznośnie duży betonowy plac. Rozciągam twarz w szerokim uśmiechu, bo tak nauczyłam się reagować w podobnych sytuacjach. Trudno, czasem zdarzają się takie przypadkowe spotkania, nic na to nie poradzę. To chyba proste, że wolałabym cię nie spotkać? Patrzę na ciebie i zastanawiam się po co mi te uprzejmości? Chętnie obtłukłabym tą twoją piękną twarz na kwaśne jabłko. Tak! a co ty sobie myślisz!? na kwaśne jabłko! należy ci się, dobrze o tym wiesz.

Ale nie, ja zamiast tego serwuję ci grzeczne słówka. Niesamowite, że w tą grzeczność wierzysz. Czyżbyś był aż tak w sobie zadufany? Aż tak mało samokrytyczny? Nie ważne.. ostatecznie cóż mnie to obchodzi? Razi, spuszczam głowę i widzę swoje stopy w sandałach. Hm.. mam dosyć ładne stopy – myślę.. :)

Wiesz, muszę już lecieć, zaraz odjeżdża mój tramwaj. Cześć! Odwracam się na pięcie, nie patrzę za siebie.

***

Jadę tramwajem, nie pamiętam już tego, co było wczoraj.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz