Znów o szczęsciu.
Po ostatnich doświadczeniach z szafą intensywniej jakoś zastanawiam się nad tematem szczęścia. Trudno jest podać przepis na szczęście, bo szczęście nie jest uniwersalne. Takiemu człowiekowi jak ja, któremu właściwie niczego nie brakuje, przychodzi czasem do głowy, żeby doszukiwać się dziur w całym, bo nie uświadamia on sobie swojego szczęcia. Dopiero, gdy zetknie się z czyimś nieszczęściem, zaczyna rozumieć swoje pozytywne położenie. Ale i to nie na stałe – bo człowiek tak jakoś skonstruowany jest dziwnie, że woli dostrzegać złe niż dobre, nawet jeśli tego złego tak na prawdę nie ma. Wtedy trzeba to sobie wymyślić…
No i zastanawiając się nad tym wszystkim, doszłam do wniosku, że nie potrafię zauważać swojego szczęscia. Nie umiem go doceniać jakoś.. ale dzisiaj..
Dzisiaj na obiad zaprosiliśmy rodziców Miśka. Miałam ambitny plan i znając siebie samą, czyli swoje problemy z logistyką, do realizacji planu przystąpiłam jeszcze wczoraj wieczorem. Przygotowałam wszystko, żeby dzisiaj się nie stresować, że nie zdążę. No i skoro wszystko wczoraj przygotowałam, to dziś byłam super wyluzowana, że sprawy są pod kontrolą. Byłam wyluzowana do momentu, kiedy sprawy zaczęły się spod owej kontroli wymykać: zostało pół godzin, a ja byłam w proszku! Ogromne łapsko paniki zastukało w moje ramię. Spojrzałam na Miśka, który dwa razy wcześniej dopytywał czy na pewno zdążę ze wszystkim.. wtedy zapewniałam go, że tak, owszem, naturalnie.. ale teraz mój wzrok mówił coś innego a on wtedy.. on wtedy powiedział, żebym się nie stresowała i że wszystko będzie dobrze. No i tego się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się dlatego, że Misiek tej mojej wady nie lubi najbardziej. Najbardziej nie lubi we mnie tego, że nigdy nie potrafię zdążyć na czas, nawet gdybym na przygotowanie miała tydzień. On tymczasem pocieszył mnie i nie okazał ani cienia zdenerwowania. Tak mnie to podniosło na duchu, że aż.. że aż zdążyłam :) Mięsko pięknie się dosmażyło, makaron w zupie radośnie sobie pływał a surówki przepisowo schłodziły się w lodówce. Ani chwili poślizgu, byłam zadowolona.
Taka śmiesznie mała sprawa, ale nadała sens dzisiejszemu dniu.
Fajnie mi :)
O szczęsciu, czyli: czasami zdarza się tak, że szafa jest krzywa.
Kupiliśmy ostatnio nową szafę. Naturalnie drewnianą :] Sama myśl o nowej drewnianej szafie była przyjemna, ale jeszcze bardziej przyjemnie było ją kupić. Misiek zabrał się za składanie (choć akurat tego to on nie lubi robić) a ja tymczasem wyszłam na jakiś czas by wrócić na gotowy efekt. Wychodząc z domu zostawiłam Miśka wraz ze szwagrem, który z kolei miał nową wkrętarkę (tak się ładnie poskładało:) a wracając po trzech godzinach zastałam szafę w stanie nadal surowym, za to pojawił się trzeci do pomocy: mój senior szanowny – znawca szaf. Okazało się, że.. szafa jest krzywa. Ta wiadomość zupełnie zabiła radość z nowego zakupu, a na jej miejsce pojawiła się niemała irytacja. Jak to krzywa!? Na myśl o tym, że trzeba będzie próbować interweniować w sklepie, przeszły mnie ciarki. Spojrzałam na Miśka, który ze złości prawie parował. Cóż.. nie tania była ta trzydrzwiowa drewniana szafa.. Po kilkugodzinnych próbach “nastawienia” szafy w końcu i mój tato – znawca szaf – skapitulował i oświadczył, ze felerny mebel trzeba oddać a przy okazji w sklepie zrobić grandę. Siadłam z rezygnacją na krześle. Byłam zła, że moje nowe cudo okazało się takie.. no takie właśnie krzywe. Dodatkowo złościły mnie stosy ubrań, które czekały na poskładanie. Słowem: znów zadziałało uniwersalne prawo frustracji: byliśmy wściekli, że tyle wysiłku na marne a czeka nas jeszcze większy zapewne wysiłek by tą szafę wymienić czy cokolwiek z nią zrobić. I wtedy.. wtedy pomyślałam: czy moje szczęście lub nieszczęście ma zależeć od tego, że szafa jest krzywa lub prosta? Przecież to bez sensu! Postanowiłam, że szafa zostaje. Przekonałam Miska, że to nic przecież, że jest krzywa, no bo właściwie co z tego? Ponaginaliśmy ją tak (drewno ma to do siebie, że jest plastyczne dosyć:) żeby dało się jej używać – drzwiczki nie ocierały i gałki były mniej więcej na jednym poziomie. No i są, a to, że szafa mogłaby spokojnie konkurować z krzywą wieżą w Pizie, to już inna sprawa ;) Grunt, że stoi. Kto wie, może to nawet i fajne, że jest krzywa? :)
Cieszę się, że czasami przyjdzie mi do głowy coś tak prostego, ale genialnego. No bo to co, że szafa jest krzywa? No cóż z tego ja się pytam? :)
ujarzmianie wspomnień
Mam ostatnio zły nawyk siedzenia do późna w nocy. Z jednej strony wiem, że powinnam już dawno spać, ale z drugiej.. męczę się trochę z własnymi myślami. Jak tu iść spać skoro w głowie kotłują się różne sprawy?
Czasem myślę sobie, że powinnam mieć takiego własnego kogoś od rozmowy o wszystkim. Nie, żebym nie miała z kim pogadać, ale natura tych rzeczy, o których gadać mi się chce jest taka, że mało kto rozumie o co mi właściwie chodzi. Ja potrzebuję coś “przerobić” i najchętniej w rozmowie z kimś, komu chce się słuchać i chce się rozumieć to, co mam do powiedzenia. Trudno o takiego rozmówcę, bo sama czasem mam problemy z tym, zeby siebie samą zrozumieć :)
Teraz na przykład.. uświadamiam sobie, że mam jakiś problem ze swoimi wspomnieniami. Zabawne, ale czasem wolałabym tych wspomnień nie mieć. Nie, żeby były jakieś złe.. bo nie ważne co akurat mi się przypomni.. cokolwiek by to nie było to czuję, że coś z tymi wspomnieniami jest nie tak. Najśmieszniejsze jest jednak to, że nie dlatego nie tak, że jakoś rzutują na moje obecne życie. Moje obecne życie to chyba najlepsze, co mi się przytrafiło! :) czuję się czasem jakby wygrała los na loterii i każdego dnia odkrywam, że to, co dzieje się obecnie jest na prawdę tym wszystkim, czego mogłabym tylko sobie wymarzyć. Problem pojawia się wraz ze wspomnieniami. Dopadają mnie w snach.. bo śnią mi się osoby, które znałam w przeszłości, sytuacje różne, które przeżyłam i tym podobne sprawy. Najzwyklejsze rzeczy.. nic szczególnego niby, a jednak.. Ostatnio obudziłam się w nocy po takim śnie przypominającym coś z przeszłości – jakieś ognisko, Bieszczady, jakieś osoby, z którymi już od dawna nie mam kontaktu.. obudziłam się i ogarnął mnie dziwny smutek niewiadomego pochodzenia.. nie śniło mi się przecież nic smutnego więc skąd on się pojawił? Długo nie mogłam zasnąć, a rano po obudzeniu nadal nie mogłam się pozbyć tego dziwnego samopoczucia. Zastanawiam się o co chodzi? Czy podświadomość daje mi jakieś znaki? Przecież musi o coś chodzić, takie odczucia nie biorą się z niczego..
A może po prostu za dużo myśłę? Heh, może to znów ta jesień…
czarne lepkie babie lato
Było sobie raz nieznośne lato. Zdarzyło się ono po dość długiej i ciemnej zimie. Zima ta była tak ciemna jak ciemne są koszmary z dzieciństwa. Ciężka i nieprzyjaźnie kłująca ostrym mrozem. Marchewce początkowo wydawało się, że podoba się jej ten mróz. Szybko okazało się jednak, że to nie może się podobać. To była zima, która zamrażała wszystkie ciepłe uczucia. Marchewka zastanawiała się czasem jak to możliwe, że Słońce zgasło na tak długo. Brakowało jej Słońca, tęskniła za nim.
Zimę poprzedzała wcale nie lepsza jesień. Mokra cuchnąca wilgocią i tak samo ciemna. Mimo wyraźnych znaków zapowiadających coś naprawdę strasznego, tamtej jesieni Marchewka była ciągle szczęśliwa, pijana od szczęścia. Być może dlatego nic nie zauważyła, być może to spowodowało, że czujność jej była uśpiona. Nie spostrzegła nawet kiedy tak bardzo oddaliła się od wszystkiego, co znała, co było dobre. Pewnego dnia całe to złudne szczęście pękło łatwo jak bańka mydlana a w jej życiu zapanowała ciemność.
Wydawać by się mogło, że po tak złej jesieni i zimie przyjdzie uskrzydlająca lekka wiosna. Ale jednak nie – wiosna nadciągała dosyć leniwie i kiedy już nastała, Marchewka widziała wokół siebie same przekwitnięte bzy. Dusiła się od zapachów, nie mogła znieść nasycenia barw. Kolory atakowały ją ze wszystkich stron, sprawiały fizyczny ból. Później było już tylko (gorzej?) lato.
Duszne, zakurzone, gorące lato. Słońce, za którym Marchewka tak tęskniła, eksplodowało z całą swoją mocą, powodując rozległe poparzenia. Żałowała wtedy tej tęsknoty a jednocześnie przestała mieć nadzieję, że cokolwiek może jeszcze być dobre. Marchewka powoli wysychała jak rodzynka, z której nieokreślona siła wysysała wszelkie życiodajne soki. Powoli znikała. Powoli przestawała być.
Pewnego dnia spostrzegła, że nie ma jej w lustrze. Od tamtej pory bała się w nie patrzeć. Zastanawiała się, gdzie się podziało odbicie i dlaczego? Odbicie w lustrze nie znika przecież bez powodu.
Siadywała w kucki na betonie i z rezygnacją poddawała się działaniu prażącego wrogiego Słońca. Nie było tam żadnego żywego stworzenia, żadnej rośliny – wszystko dookoła szczelnie wypełnione szarą betonową masą. Powoli przestawała oddychać. Było jej wszystko jedno. Nie czuła żalu, nie czuła smutku, nie tęskniła już za niczym. Nie było nic, nic. Czuła, że wnętrze jej wypełniała próżnia, nicość, pustka, że nie ma tam nawet powietrza. Była do szczętu wyjałowiona, pozbawiona wszelkiego odczucia.
Nawet nie zauważyła kiedy minęło lato i nastała kolejna – tak samo cierpka jesień, kolejna – tak samo przykra, ciemna zima. Przy końcu roku nadeszła myśl, że tu nic nie da się już zrobić. A tak bardzo przecież chciała wytrzymać..
dlaczego?
W takich chwilach jak ta zastanawiam się, dlaczego tak chętnie przejmujemy negatywne style postępowania swych rodziców?
Krótka charakterystyka chwili, o której mowa: jestem zła. Jestem bardzo zła i mam ochotę wygarnąć. Teraz jednak siedzę sama i dobija mnie fakt, że osoba, której rzecz dotyczy, powiela zły model zachowania, który najpewniej zna z domu rodzinnego.
Dlaczego ośmielam się wydawać sąd, że model postępowania jest zły? Ano dlatego, że sprawy nie rozwiązuje a tylko zaostrza sytuację pozostawiając, że się tak obrazowo wyrażę, kamyczek w moim ogródku, nie podejmując rozmowy tylko wychodząc z domu bez słowa. Dlaczego zatem uważam, że moje postępowanie jest dobre (a nie np. prezentujące kolejny zły model, który znam ze swego domu – ostatecznie, gdyby się uprzeć, może działać to przecież w obie strony)? Bo uważam, że spokojne, ale jasne i rzeczowe przedstawienie swoich zastrzeżeń co do zachowania drugiej osoby, to jedyna droga to osiągnięcia sukcesu w relacjach międzyludzkich. Myślę też, że przedstawienie owych zastrzeżeń powinno być początkiem rozmowy na ten temat. Rozmowy być może nie koniecznie najłatwiejszej, ale tak ten świat został już urządzony, że różnimy się między sobą charakterologicznie i nasze różne spojrzenie na świat od czasu do czasu konfrontujemy. Powstają pewne zgrzyty, które trzeba jakoś załagodzić. Rozmowa ma temu łagodzeniu służyć.
Co się dzieje więc, jeśli rozmowy nie ma? Dzieje się właśnie to, co teraz – spokój opuszcza głowę i zaczyna dominować złość, że nasze dobre chęci wykazane w celu załagodzenia światopoglądowego zgrzytu zostały zignorowane. Ba! że zignorowane zostały nasze potrzeby, nasza cała osoba zignorowana została. Rozmowa nie została podjęta, choć obydwie strony dobrze wiedzą, że przemilczenie tematu niczego nie rozwiąże. Słowem: wycofanie zamiast zmierzenia się z sytuacją potencjalnie trudną – oto zły model.
Ośmielam się także zauważyć, że mam jednak prawo pewnych rzeczy wymagać. Wspólne życie wymaga kompromisów – wiadomo to nie od dziś. Należałoby więc przyjąć w końcu ten fakt do wiadomości.