:D

31 sierpień 2009 at 9:43 am (filozofia codzienności)

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

fasolka czy groszek?

26 sierpień 2009 at 12:32 pm (fasolka, filozofia codzienności) (, , , , )

Jeszcze nie znam płci mojego maluszka. Właściwie nic o nim nie wiem. Można powiedzieć, że bardziej czuję niż wiem cokolwiek. Dawniej zastanawiało mnie jak to możliwe, że dwa zupełnie różne organizmy działają wspólnie? Jak to jest, że organizm matki nie odrzuca dziecka jako “ciała obcego”? W końcu jego organizm różni się od mojego totalnie wszystkim! A jednak jest i rośnie i się rozwija. Natura wymyśliła to sobie sprytnie :)

Zastanawiam się też często jaki będzie. Naturalnie wiele rzeczy zależy od wpływu środowiska, ale część z nich przecież się dziedziczy. Choćby temperament, zdolności, cechy charakteru nie mówiąc o wyglądzie. Czy będzie mieć niebieskie oczy jak tato czy brązowe jak mama? Czy będzie wysoki po tacie czy niski po mamie, ładne nogi po obojgu czy raczej odziedziczy inny kształt po jakichś przodkach? :) Czy będzie mieć mały czy duży nos, długie czy krótkie rzęsy, włosy proste czy kręcone? Czy będzie spokojny po rodzicach czy nerwowy po dziadkach? Czy będzie miał zdolności muzyczne po mamie czy ich brak po tacie? :) Czy będzie miał równie ładne pismo jak my? Czy będzie uparty jak tato i obrażalski jak mama? Takie rzeczy ciekawią chyba wszystkich przyszłych rodziców.

Jest jeszcze jedna rzecz równie ważna do tego, co dziecko dostanie od nas w genach, a mianowicie jak sprawdzimy się w roli rodziców? Jakie będzie nasze wychowanie? Tego przekonamy sie dopiero po latach.. Gdy tak sobie pomyślę to śmiać mi się chce, że nasze maleństwo będzie mieć szczególnie przechlapane – będzie go wychowywać dwoje pedagogów :) Nie jakichśtam nauczycieli z przyśpieszonym kursem psychologiczno-pedagogicznym a pedagogów pełną – rzec można – gębą ;)

Zastanawiam się nad własnym dzieciństwem i tym, co w nim było super, a co niekoniecznie rewelacyjne. Nie da się chyba w 100% wyeliminować szkodliwych wpływów wychowawczych będąc nawet super-świadomym rodzicem-wychowawcą. Nikt nie jest przecież wszechwiedzący i nieomylny. Szczególnie jeśli w grę wchodzą emocje, a jest to najsilniejszy czynnik działający w rodzinie. Pewnie przekonam się już w praktyce, że ta cała teoria idzie w las w obliczu prawdziwego życia. Mam jednak nadzieję, że sprawdzę się w roli rodzica, który powinien być kochający, ale i umiec wymagać. Powinien potrafić widzieć więcej niż to, co na zewnątrz, powinien byc empatyczny, ale i stanowczy. Eh..

Tak jak mówiłam – rachunek z wychowania dzieci wystawi się sam za kilkanascie lat a nam pozostaje tylko starać się jak najlepiej spełniać tą rolę. Póki co jednak muszę nastroić się pozytywnie do porodu, wstawania w nocy i znoszenia płaczu, permanentnego zmęczenia i tego wszystkiego, co z małymi dzieciątkami się wiąże. Czy jestem na to gotowa? Chyba tak.. Tak. Jestem. I bardzo się cieszę, że mnie to wszystko czeka :)

Bezpośredni odnośnik 7 komentarzy

nowość

23 sierpień 2009 at 9:16 am (filozofia codzienności)

W klikadłach można znaleźć nowy link. Prowadzi on do zdjęć mego dobrego kolegi – człowieka, który spośród innych wyróżnia się niesamowicie pozytywnym nastawieniem do życia. Chyba nigdy nie spotkałam nikogo kto tak bardzo lubiłby życie i siebie samego. Zawsze mi się to w nim podobało i taka refleksja mnie nachodzi: szkoda, że więcej ludzi nie ma podobnie. Świat byłby przyjemniejszy!

Zachęcam do obejrzenia :)

(zdjęcia są amatorskie gdyż kolega z zawodu jest… ratownikiem medycznym. Być może dzięki temu potrafi jakoś dokładniej przyglądac się życiu?)

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

20 sierpień 2009 at 1:44 pm (filozofia codzienności)

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

i po…

20 sierpień 2009 at 7:28 am (filozofia codzienności) (, , , , , )

I po urlopie. To był dość intensywny urlop bo Mężu postanowił aktywnie go spędzić. Początkowo się opierałam, że niby nie mogę się przecież przemęczać no i w ogóle.. Wydawało mi się, że ruch źle na mnie wpłynie – czułam, że nie mam siły na cokolwiek i najchętniej spędziłabym urlop nie ruszając się z hamaka. Już wiem dlaczego byłam taka zmęczona! A mianowicie bezruch mnie zmęczył! Moja siedząca praca sprawia, że męczę się nic-nie-robieniem. Przez ostatnie miesiące nic – tylko siedzę. Podczas wakacji i tak nie jest najgorzej – siedzę tylko w pracy, ale wcześniej? Podczas roku akademickiego? W tygodniu siedzenie przez 8 godzin w pracy, później często siedzenie nad książkami lub przy komputerze w domu (no bo do szkoły trzeba się przecież przygotować). A w weekend? 3 godziny siedzenia w autobusie do Krakowa, cały weekend siedzenia (od rana do wieczora) na wykładach i znów 3 godziny do domu w niedzielę wieczorem. Od poniedziałku znów siedzenie w pracy. I jak tu się nie męczyć takim siedzeniem? Ale koniec z tym! Postanowiłam, że trzeba to zmienić. Czas na aktywność!

Tak więc Mężu zmobilizował mnie do aktywności. Fakt – nie chciało mi się, ale cóż poradzić. Znalazłam w sobie jakąś wewnętrzną motywację do wysiłku – ostatecznie dobrze jest się powysilać przed porodem trochę – poruszać, pogimnastykować – wtedy ponoć lepiej się rodzi. Czy lepiej czy gorzej – tego pewnie nie ocenię sama, ale uwierzę innym na słowo. Z tym przekonaniem zabraliśmy na pierwszą cześć urlopu rowery.

Oj łatwo nie było. Na pierwszy rzut 16 km. Zaparłam się ostro i dałam radę, choć dla wielu ludzi 16 kilometrów to pestka (szczególnie po szlaku rowerowym określanym jako “łatwy” :) Dla mnie jednak to nie lada wyczyn – wcześniej miałam problemy, żeby przejechać 4 km. Nie obyło się oczywiście podczas tej trasy bez przystanków. Co chwilę musieliśmy się zatrzymywać i trochę było mi szkoda Miśka, że ma takiego kiepskiego kompana. No, ale trudno – nie wszystko w życiu układa się idealne. Później jednak – po powrocie – byłam z siebie bardzo dumna i zadowolona  a przede wszystkim z tego, że dobrze się czuję – nagle przestało boleć mnie wszystko, co bolało do tej pory i w ogóle czułam się odprężona.

kolejna część urlopu to Zakopane. Tu już bez rowerów, ale nie mniej intensywnie.  Po wycieczce nad Morskie Oko byliśmy nie tylko zmęczeni, ale i mokrzy od stóp do głów. Lało tak mocno, że  licho wzięło cały wycieczkowy lans – buty trekkingowe i kurtki z gore-texu zupełnie nie zdały egzaminu! Do pełnej szopki brakowało nam tylko kijków do Nordic Walkingu ;) Na miejscu okazało się, że jeziora prawie w ogóle nie widać – chmury były tak nisko..

Tak czy siak byłam znów z siebie dumna – 20 km na piechotę – dla mnie to nie byle co!

Kolejna na liście – Dolina Białego Potoku. W Internecie piszą, że jest to trasa niezbyt wymagająca i przez prawdziwych turystów omijana ze względu na dostępność, ale za to bardzo urokliwa. Cóż, może i niezbyt wymagająca, ale jak dla mnie – wystarczająco, żeby się nieźle namęczyć. Szczególnie pod koniec (choć to właściwie już  Ścieżka nad Reglami) – dała mi popalić.

Ostatnie 25 minut trasy to czarny szlak prowadzący na Sarnią Skałę, na którą o dziwo wystarczyło mi sił. Gdy wdrapałam się na górę – byłam z siebie na prawdę dumna!

Na koniec Dolina Kościeliska do schroniska Ornak, która przemierzyłam krokiem wręcz żołnierskim :)  Dalej już nie miałam siły choć w planach był jeszcze Smreczyński Staw. Sama Dolina jest może i ładna, ale tabuny turystów totalnie odbierają przyjemność z wędrowania.

W ogóle całe Tatry zawalone są turystami. Po szlakach przewala się ich tylu, że człowiek ma czasami ochotę uciec gdzieś, gdzie nie będzie ludzi. To chyba jednak jest niewykonalne. Dlatego nie polecam tym, którzy chcą odpocząć w ciszy i spokoju.

Tak jak pisałam na początku – jestem z siebie dumna. Misiek dodatkowo złapał bakcyla i oglądał już specjalne nosidełka dla dzieci. Na kolejny urlop pojedziemy już w trojkę :)

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

Next page »