z mojej branży :/

31 lipiec 2009 at 1:54 pm (filozofia codzienności)

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

wiercipiętka

30 lipiec 2009 at 12:08 pm (fasolka) (, )

Się wierci :) w brzuchu. Na zewnątrz jeszcze tego nie czuć, Misiek nie czuje. Ja za to, gdy ułożę się wygodnie i poleżę chwilę spokojnie – tak, by zrelaksować ciało i nie powodować żadnego napięcia, gdy położę rękę w tym miejscu co trzeba to czuję – od środka – jak małe się rusza. Co za śmieszne uczucie! :)

Oblewa mnie wtedy fala wzruszenia i dumy. Zastanawiam się też jak mu tam jest. Coraz bardziej doskonalą się jego zmysły. Z całą pewnością słyszy już a więc namawiam Misia, żeby do niego mówił. Miś jeszcze trochę się wstydzi chyba czy krępuje tak mówić do brzucha, ale może przełamie ten dziwny opór po następnym USG? Pan doktor się zgodził, żeby Misiek przyszedł ze mną – bo to na prawdę warto zobaczyć na własne oczy jak małe rusza rączkami i fika koziołki. “Niezły akrobata” – powiedział ostatnio pan doktor.

Tak więc leżę czasem i myślę co tam w małej główce się dzieje. Jak się ma moje maleństwo, czy mu wygodnie i czy dobrze się czuje. Naturalnie zastanawiam się też czy wszystko jest z nim w porządku – czy prawidłowo się rozwija.. chyba każda matka się nad tym zastanawia i każda myśli o tym z odrobiną niepokoju.

Staram się też sprawić, ażeby te wakacje w brzuchu były czasem  jak najlepszym dla dzidzi. Zauważyłam, że maleństwo źle reaguje na skoczną wesołą muzykę reggae, jaką dotąd słuchała mama. Woli stonowany jazz czy chillout – te upodobania ma chyba po tacie :) Lubi też fotel bujany, ale nie lubi prasowania. Zatem rosną nam sterty rzeczy do wyprasowania i cóż poradzić?

Jest dziś dosyć duszno. Chętnie poszłabym już do domu.

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

buty

24 lipiec 2009 at 9:50 am (nocnik) (, , , , , , , )

Spośród różnych obrazów nawiedzających moją śpiącą głowę jeden od jakiegoś czasu uporczywie się powtarza. Są to buty, a właściwie ich brak. Chodzi o to, że…

Śni mi się, że jestem w szkole podstawowej.  Mojej własnej, przeżytej, przechodzonej i skończonej przeze mnie  szkole podstawowej nr 1. Śni mi się, że chodzę na lekcje, że uczą mnie ci sami nauczyciele, choć pojawiają się też nauczyciele z liceum. Klasa składa się mniej więcej z tych samych osób – czasem pojawiają się nowe – poznane przeze mnie dopiero w liceum czy na studiach. W tych snach czasami mam mentalność taką, jak na szkołę podstawowa przystało, a czasem wiem, że jestem już dorosła i że chyba nie powinnam tam być. Tak czy siak, ponieważ podstawówkę wspominam niezwykle miło, fajnie mi jest w tych snach nawet wtedy, kiedy akurat zapowiada się kartkówka z matmy. Eh, podstawówka to chyba najlepszy okres szkolny, jaki mi się przydarzył…

Jedno w tym wszystkim jest zastanawiające: nigdy nie mam na nogach butów i zawsze zwracam na to uwagę. Zastanawiam się czy przyszłam do szkoły bez butów? A może ktoś mi je zwinął z szatni? Nie mogę więc szkoły opuścić no bo jak tu wrócić do domu bez butów? Jak wyjść na miasto w samych skarpetkach?

Takie właśnie wrażenie mi towarzyszy po obudzeniu: nie mogę wyjść ze szkoły.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

czesław śpiewa

16 lipiec 2009 at 7:31 pm (filozofia codzienności)

Rozczula mnie tak jakoś niesamowicie, że aż chce się płakać ze szczęścia =)

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

motyle

16 lipiec 2009 at 12:40 pm (filozofia codzienności) (, , , , , , , , )

Miałam kiedyś szalony plan. Polegał on na tym, że pomyślałam sobie, że może warto by było – w następnej kolejności – zrobić studia z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej? Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam!? -pomyślałam w odruchu. Dlaczego ja właściwie kończę pedagogikę społeczno-opiekuńczą zamiast przedszkolnej i wczesnoszkolnej!? Przecież od zawsze kocham małe dzieci i byłoby tak cudownie na co dzień z nimi przebywać! (Ja jak czasami coś wymyślę to na prawdę…;) W tymże przekonaniu trwałam czas jakiś, aż do momentu, gdy…

… aż do momentu, gdy 4go maja tego roku trafiłam do pszedszkola nr (nie podam;)

Na samą myśl o tej pracy byłam zachwycona. Przecież to czysta przyjemność pracować z maluchami! Ciągła zabawa!myślałam. Nie wiedziałam jednak wtedy, co mnie czeka…

Trafiłam do grupy o wdzięcznej nazwie MOTYLE. Dzieci w grupie było zaledwie 15cioro więc właściwie warunki – można by pomyśleć – idealne! A jednak…

Już pierwszego dnia przekonałam się co to znaczy pracować z przedszkolakami. Po zaledwie czterech godzinach głowa mi pękała i nie wiedziałam jak się nazywam! Te przekochane i przeurocze stworzenia dały mi w kość tak, że pomysł o tym, ażeby kiedyś “naprawdę” pracować w takim miejscu, prysnął z mej głowy momentalnie! Nie były grzeczne, nie były ciche, nie interesowały się tym, czym – wydawać by się mogło – powinny się interesować, nie czekały na swoją kolej, nie pytały o zgodę i szybko zapominały o tym, że dwie minuty temu obiecywały, że czegoś tam nie będą robić.

To była zaledwie piętnastoosobowa grupa, a sprawiały wrażenie, jakby była ich setka! Nie ogarniałam ich. Na domiar złego zaczęłam mieć problemy z głosem. To było dopiero! Jedyny kanał komunikacyjny, przemawiający do maluchów, to – w tej konkretnej grupie – podniesiony głos! (co mnie najpierw zdziwiło a później zdenerwowało, bo tak być nie powinno, ale to już inna historia..). Ja tymczasem mogłam wydusić z siebie zaledwie szept! Zatem dla dzieci byłam właściwie niezauważalna, nie mogłam w żaden sposób na nie wpłynąć. Co gorsza! Jedna mała złośliwa bestia, jak tylko wyczuła, że nie mogę na nią krzyknąć, postanowiła dawać upust swojej złośliwości i paskudnej naturze, robiąc mi przeróżne krzywdy. Wiem jak to brzmi, ale to szczera prawda! :D

A to mnie uszczypnęła, a to mnie szarpnęła, a to mi kredkę wyrwała niespodziewanie, a to nie chciała zejść mi z drogi. Cóż.. nie mogłam się na nią złościć, ponieważ MOTYLE to była grupa integracyjna (co oznacza, że uczęszczały do niej zarówno dzieci zdrowe, jak i niepełnosprawne) no i podejrzewam, że ta mała nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jak się zachowuje. Tak się składa, że takie zachowanie u dzieci niepełnosprawnych pojawia się w odpowiedzi na bodźce ze środowiska – ona po prostu nauczyła się tak funkcjonować i tyle. Tak czy siak pewnego dnia wróciłam do domu i powiedziałam do Miśka, że dzieci mnie biją.

Gdy zdałam sobie sprawę z tego wszystkiego (wiecznie wrzeszczące panie przedszkolanki, które dawno powinny zmienić zawód, albo właściwie nigdy w tym zawodzie nie pracować, oraz dzieci nauczone reagować tylko na wrzask) zrobiło mi się tak jakoś smutno.

W przedszkolu spędziłam miesiąc. Miało być dłużej, ale później pan doktor wysłał mnie na długie zwolnienie lekarskie i tak oto moja historia z Motylami się zakończyła.

Jakiś czas później Misiek przeczytał mi fragment książki “Gringo wśród dzikich plemion” Wojciecha Cejrowskiego. Rewelacyjnie pasuje do sytuacji, z resztą sami oceńcie:

Motyl – bardzo delikatne słowo. Zwiewne; zupełnie jak… motyl. Po angielsku też jest delikatne – butterfly. Na piśmie niekoniecznie to widać ale proszę mi uwierzyć – ono brzmi jak aksamit. Jest takie… maślane.

Po francusku, z kolei, śliczne, drobniutkie – papillon.

Po hiszpańsku, urocze – mariposa.

Po rosyjsku, kochane – baboćka.

A po niemiecku SCHMETTERLING! No cóż.

***

Motyle w Amazonii są tak piękne, że zapierają dech w piersiach. Trudno sobie wyobrazić, by mogły kogoś skrzywdzić. Czym? Bezgłośnym trzepotem skrzydeł?

A jednak – bywają groźne. Przerażające. Do tego stopnia, że zapierają dech w piersiach – tym razem dosłownie. I definitywnie. Raz na zawsze…

Leci sobie baboćka, leci papillon, leci mariposa… i nagle okazuje się, że to jednak !!! SCHMETTERLING !!!

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy

Next page »