wyjątkowo źle
Czuję się wyjątkowo źle. To taki stan zdenerwowania pomieszany ze smutkiem. Takie uczucie, że nie da się przez nie zasnąć. Nic innego nie chce się robić też. To wyjątkowo zły stan. Naciskam w telefonie przycisk z czerwoną słuchawką. Przecież tam nie pojadę. Po co niby? Z takim nastrojem? Coś w brzuchu zawierciło i zrobiło się smutno. Wrzucam jedynkę, gaz, dwójka..
Nie chce mi się wracać do domu. Od jakiegoś czasu zaczynam nie lubić tego miejsca. Nie lubię tam być. Sama nie wiem dlaczego.. Może to, że przyzwyczajona jestem, że dom zawsze jest pełny, a tu? Nic. Pusto. Tylko ja i tyle. Lubię samotność, ale bez przesady..
Kiedyś miałam przyjaciółki. OK, liczba mnoga to może przesada w tym względzie, ale zawsze – w każdym okresie życia była jakaś przyjaciółka. Taka na prawdę, że o każdej porze i w ogóle. Teraz nie ma, przyjaciółki się skończyły. Nie mam sobie do kogo zadzwonić. Może tylko do babci, ale ona jest teraz daleko i nie ma sensu jej niepokoić. Z resztą do babci to lepiej jest pojechać i się przytulić, telefon nic tu nie załatwi.
Myśli przelatują mi przez głowę, gdy jadę przed siebie. To, że na razie nie jadę do domu, już ustalone. Nie chcę tam wracać. Jazda samochodem trochę mnie uspokaja więc po prostu jadę. W radio cały czas lecą kawałki Jacksona – to się dobrze składa, bo bardzo lubię. Na siedzeniu obok rozsypany brokat z kwiatka. Teraz to już nie chce mi się go sprzątać.
Szkoda, że babci nie ma w domu, mogłabym u niej zanocować. Nie wracać do swojego mieszkania. Jak bardzo nie chcę tam dzisiaj wracać.
Jakoś tak samoistnie docieram do wioski. Z czystą przyjemnością przejeżdżam ją wzdłuż i wszerz. Powoli, bo ulice tam dosyć wąskie. Oglądam sobie moje ulubione miejsce na świecie. Myślę o tym, jak kilka lat temu szwendałam się tymi uliczkami po nocach i było tak fajnie. Nie przypuszczałam wtedy, że kiedyś będę tam przyjeżdżać, żeby się uspokoić. Zegarek pokazuje 23:10. Mijam gromadkę ludzi idących ulicą, rozpoznaję twarze. To z nimi kiedyś włóczyłam się po nocach. Po chwili mijam kolejną postać – tym razem samotną. Znajoma to postać. Przejeżdżam obok powoli, patrzę w lusterko i moja buzia sama się uśmiecha. No tak.. przecież ustawieni jesteśmy na jesienny spacer do lasu i na zakopywanie się w liściach. Pomysł powstał kilka lat temu, ale do dziś nie został zrealizowany. Nagle uśmiech schodzi z twarzy, bo przecież już nigdy nie pójdziemy razem do lasu, żeby zakopać się w liściach. Czerwone trampki już od dawna są nieużywane. Bardzo chcę się zatrzymać, pogadać o “starych karabinach”, powspominać i zapalić papierosa. Ale cóż miałabym powiedzieć?
“Cześć, fajnie Cię spotkać! Może pogadamy chwilkę, dawno się nie widzieliśmy! Wiesz akurat mam fatalny nastrój i tak sobie jeżdżę tutaj. Co u mnie? A w porządku.. nie chce mi się po prostu wracać do domu…”
Nie zatrzymuję się jednak, jadę dalej. Opuszczam wioskę, bo krążenie w kółko nie ma większego sensu.
Jadę przed siebie, jadę jadę jadę.. Nie znam tych terenów, nie podoba mi się tu za bardzo. To miejsce wcale mnie nie uspokaja. Zaczyna boleć mnie głowa.. Chyba czas wrócić, chyba nie mam wyjścia, chyba muszę wrócić do domu.
Wchodzę, pusto. Nic nie myślę, po prostu jest mi źle. Przecież tak ładnie dziś wyglądam! Nowa biała bluzka i w ogóle.. dzień nie mógł skończyć się aż taką przykrością, a jednak… Siadam przed komputerem i zaczynam pisać bo nie mam z kim pogadać o tym, co się stało.
już sama nie wiem…
Już sama nie wiem co gorsze.. Od kilku dni zmagam się ze sobą i swoimi słabościami. Jakoś dobitniej dają mi znać o sobie właśnie teraz – być może dlatego, że więcej też sobie folguję zważywszy na swój stan (usankcjonowany biologicznie, społecznie, rodzinnie, religijnie itd – o czym poinformował mnie Eliot). Ponieważ mam bezwarunkowo dbać o siebie, to pozwalam sobie na lenistwo, olewactwo i inne tego typu rzeczy, które jednak źle wpływają na moje samopoczucie – że właśnie na nie sobie pozwalam. No i już sama nie wiem.. czy bierze się to z mojego chorobliwego dążenia do ideału (osoby, która nigdy nie odpuszcza) czyli skoro nie jestem obecnie ideałem żony (bo misiek ma na głowie większość domowych spraw i to nie tylko przez ciążę, ale też przez moją sesję egzaminacyjną), pracownika (bo od dwóch tygodni jestem sobie lajtowo na zwolnieniu lekarskim), studentki (bo mimo tego, że prawie nic nie mam obecnie na głowie, nie uczę się tyle, na ile mogłabym sobie pozwolić) itd… Dodatkowo obecnie wisi w powietrzu sprawa mojego małego przyjaciela, którą też poniekąd odpuściłam, bo choć wiem, że względy zdrowotne.. to jednak początkowo tak ambitnie postanowiłam podejść do sprawy, że teraz zżera mnie jakieś poczucie winy za to odpuszczenie. Skoro sama nie mogę poradzić sobie ze swoimi dylematami, to jasne jest, że szukam odpowiedzi w swym otoczeniu, z którego – co gorsza – dochodzą sprzeczne sygnały, bo: jedni uważają, że “ciąża to nie choroba” i właściwie to bez przesady, drudzy z kolei każą chuchać i dmuchać i w ogóle najlepiej nic nie robić. Na dobitkę powiem, że kurs psychologii społecznej podziałał na mnie tak, że postanowiłam świadomie i konsekwentnie lokować wszystkie przyczyny swoich uczynków w sobie zamiast na zewnątrz (czyli obwiniać np. pogodę za to, że przesypiam pół dnia lub relaksować się leżąc brzuchem do góry, bo przecież jestem w ciąży i spadówa). Taka właśnie postanowiłam być samo-uświadomiona. “Myślenie boli między uszami” jak to powtarzał swego czasu mój znajomy, lub też: “inteligencja czasem boli”. A na pewno czasem bardziej przeszkadza niż pomaga. Bo co mi z samouświadomienia, skoro jest to przyczyną mojej obecnej frustracji i w ogóle?
Sama nie wiem co o tym myśleć.. eh.
PFK {pakt przy dźwiękach z głośnika}
Nie wiem dlaczego.. zupełnie nie wiem dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej.. Jakiś czas temu poruszyła mnie historia Iana Curtisa z Joy Division. Później zastanawiałam się jeszcze nad innymi podobnymi historiami znanych muzyków, ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że na naszym własnym (polskim) podwórku dzieją się przecież podobne sprawy. Uświadomiłam sobie tą rzecz dopiero w chwili, gdy przez przypadek natknęłam się w księgarni na małą zieloną książeczkę wydaną w ramach serii „przewodniki krytyki politycznej” zatytułowaną „PAKTOFONIKA”.

Pierwsze moje zetknięcie z Paktofoniką to czas dosyć późny, bo dopiero 2004 rok (czyli właściwie 4 lata po wszystkim). Wcześniej oczywiście znałam kilka kawałków (ostatecznie w podstawówce wszyscy koledzy tego słuchali), ale jakoś nie zaciekawił mnie wtedy ten temat. Być może dlatego, że moje muzyczne upodobania były na tyle sztywne, że nie wyobrażałam sobie, że można interesować się kilkoma gatunkami muzyki na raz. Może to i lepiej bo dzięki temu historię tą odkryłam dopiero w czasie, kiedy byłam na nią przygotowana, kiedy mogłam poświęcić jej należytą uwagę i zainteresowanie.
Przez przypadek trafiłam na „Kinematografię” a moją uwagę przykuł właściwie fakt, że w jednej z piosenek (Ja to Ja) śpiewał Gutek, znany mi w tym czasie szerzej jako „śpiewający chłopak z Katowic”, wokalista założonej przez Piotra Banacha grupy Indios Brazos, która właśnie w tym czasie była u mnie „numerem jeden”. Z zaciekawieniem więc przesłuchałam całą płytę i od razu… od razu pomyślałam, że w tym chodzi o coś więcej..
Podobnie jak autor książki zatytułowanej„PAKTOFONIKA”, Maciej Pisuk, początkowo nie chciałam eksponować postaci i historii Piotra Łuszcza „Magika” jako sprawy nadrzędnej nad resztą wątków dotyczących twórczości tych, o których chcę pisać. Szybko jednak i dla mnie okazało się, że to niemożliwe, bo to on był motorem, spoiwem i tym niezbędnym elementem, bez którego nie byłoby całej sprawy. Nie da się nie uwydatnić tej kwestii, bo (i tu zgadzam się z Maciejem Pisukiem) „to jest zła droga, to jest ucieczka od sprawy najistotniejszej, po prostu Magik (…) musi być postacią centralną”.
Żeby rzetelnie przedstawić całą sprawę muszę cofnąć się o wiele wcześniej niż rok 2004, w którym natknęłam się na „Kinematografię”. Muszę wrócić pamięcią do podstawówki, kiedy to po raz pierwszy usłyszałam o grupie Kaliber 44. Dokładniej: usłyszałam kawałek „ plus i minus”…
Naturalnie nie miałam pojęcia o co kaman. Powiedziałabym nawet, że byłam przeciw tej dziwnej muzycznej modzie, która zwała się „RAP”. Pamiętam, że nie podobało mi się, że to „przyszło do Polski”. Nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że w tym kryje się coś głębszego niż tylko chęć naśladowania amerykańskich reperów. Nie mogłam się nie zgodzić, że to nie jest bez treści. Jednak wtedy było dla mnie jeszcze za wcześnie. Cóż.. mogłam mieć najwyżej 11 – 12 lat. Później, gdy rozmawiałam o tym z G. (który w tym samym czasie miał lat 15 czy16, a więc niewiele mniej niż członkowie Kalibra) powiedział mi, że dla nich było to jak objawienie. Wsłuchiwali się w te psychodeliczne kawałki, które śpiewali tacy sami nastoletni kolesie, które przecież doskonale odzwierciedlały ich własne nastroje, ich własne przypadki i ich własne historie.
Grupę Kaliber 44 w tej pierwotnej wersji tworzył następujący skład: Ś.P. Brat Joka, Lord MM DAAB (znany mi później jako AbraDaab) no i właśnie Mag Magik I. Ciekawe te pseudonimy J ale niech będzie. Ich pierwszą płytą jest „Księga Tajemnicza. Prolog” z roku 1996. Z udziałem Magika nagrana została jeszcze jednak płyta: „W 63 minuty dookoła świata”(1998). Później Magik odszedł z Kalibra (dlaczego?).. Czytałam gdzieś, że Joka i Daab (bracia tak w ogóle) wywyższali się, bo pochodzili z „dobrej” rodziny podczas, gdy Magik był synem górnika i sprzątaczki. Gdzieś indziej z kolei doczytałam, że konflikty rodził fakt, że Joka i Daab zazdrościli Magikowi polotu i zaangażowania. Ile w tym prawdy – nie wiem. Tak czy siak.. po odejściu Magika Kaliber zdaje się nie odnosił już takich sukcesów. Ja w każdym razie nie znam ani jednego kawałka z pozostałych płyt, które zostały nagrane bez niego.
Później przyszedł czas na Paktofonikę i o tym właśnie jest książka Pisuka. Trudno właściwie nazwać to książką.. to jest po prostu scenariusz filmu, który z wielu przyczyn jeszcze nie powstał (wielka szkoda). Pomysł na stworzenie filmu pojawił się końcem roku 2001 po przeczytaniu przez Macieja Pisuka reportażu o Paktofonice w „Dużym Formacie”. W wywiadzie zamieszczonym na początku książki Pisuk mówi: „niesamowite było to, że trójka chłopaków z technikum, gdzieś z Bogucic i Mikołajowa praktycznie bez jakichkolwiek kontaktów i wsparcia, nagrywa w pokoju bloku na najprostszym sprzęcie genialną płytę, która staje się głosem pokolenia (…) zrozumiałem, że ci chłopcy wiedzą coś, o czym nie mają pojęcia moi koledzy – artyści z Warszawy. I to było odkrycie, że rzeczy naprawdę istotne dzieją się tam – na wielkich osiedlach i w małych miasteczkach.”
Ta wypowiedź jest odzwierciedleniem moich własnych odczuć, które co prawda pojawiły się sporo później – można więc powiedzieć, że sprawę zgłębiałam nieco od tyłu. Jednak jest to chyba bez znaczenia. Po przeczytaniu książki elementy tkwiące w mojej głowie poukładały się w całość. Zabawne wydaje mi się jednak to, że styl tej grupy, hip-hop, jest mi całkiem obcy przecież.. a jednak historie opowiadane, rymowane to moje własne historie. Zabawne to uczucie.
Co w tym wszystkim jest najbardziej przejmujące? Ano samobójcza śmierć Magika. Dlaczego wyskoczył z okna mieszkania swoich rodziców? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Są tylko przypuszczenia i rodzą się kolejne pytania. To sprawa, która jest dla mnie niepojęta a jednak gdzieś pod skórą czuję, że całkiem bliska.
Podczas przegrzebywania Internetu w poszukiwaniu wszelkich informacji dotyczących Patofoniki oraz Magika, znalazłam tekst, który wydaje mi się być istotą całej sprawy: „Kiedy jego płyta z Kalibrem zaczęła odnosić sukcesy, odszedł z zespołu. Natomiast teraz po jeszcze większym sukcesie (wydanie „Kinematografii”), kiedy zaczął układać sobie życie, odszedł na zawsze.”
źródło: dokładna biografia Magika Polecam!
Nie będzie tu zakończenia, bo cóż mogę napisać? Jedynie tyle, że siedzi to u mnie gdzieś pod skórą, choć nie mogę zidentyfikować dokładnie co to takiego.. czuję to, po prostu.
Było sobie życie
Nie odpuszczam Miśkowi w uświadamianiu ojcostwa. Na razie znosi to dzielnie, chyba nawet trochę się angażuje! Albo robi sobie ze mnie żarty – tego już jakoś nie umiem rozpoznać ;) enyłej…
Drugi odcinek z serii “Było sobie życie” opowiada o narodzinach (tak też jest zatytułowany). Oglądnęliśmy go razem wręcz uroczyście (ta uroczystość to był mój pomysł oczywiście;)
Prawdę powiedziawszy jednak nie tyle na Fasolce tym razem chcę się skupić (na prawdę!;) co na samej bajce. Pamiętam, że oglądałam ją dawno temu i byłam nią po prostu zachwycona! W bardzo przystępny sposób opowiedziana jest w niej historia dotycząca organizmu – mechanizmy funkcjonowania człowieka od strony biochemicznej. Po prostu rewelacja! Myślę, że moja dziecięca fascynacja tą bajką nie pozostała bez wpływu na moje biologiczne zainteresowania. Do dziś pamiętam co to jest biosynteza białek, choć od matury minęło już 5 lat i na tymże egzaminie moja przygoda z biologią w sensie tym naukowym zakończyła się definitywnie (nie liczę przedmiotów na studiach, które tematu dotykały jakoś tak bardzo powierzchownie – moim zdaniem – i nie dowiedziałam się na nich nic więcej, czego nie wiedziałabym wcześniej).
Tak więc gorąco polecam! Myślę, że każdy, kto choć raz zetknął się z tą bajką, poprze moją fascynację bez dwóch zdań! :)
