wspomnienie z kolonii
Zmęczony kolonijny wychowawca schował się w pokoju aby odetchnąć. Po raz pierwszy w życiu ma do czynienia z taką ilością dzieci na raz! w dodatku musi je wszystkie jakoś ogarnąć, okiełznać.. Po kilku dniach bycia wychowawcą kolonijnym ma ich dość. Chce odpocząć, chce się gdzieś schować przed nimi, chce wsadzić głowę pod poduszę i zapomnieć o nich na moment. Słyszy stukanie do drzwi, nie otwiera. Stukanie jednak nie chce się skończyć i wychowawca wie już, że z niem nie wygra. Rozciera dłońmi zmęczoną twarz, nabiera głębokiego wdechu, wypuszcza powietrze z płuc.. podchodzi do drzwi i otwiera je. Za drzwiami czeka Szymuś..
- Gdzie pan był? pyta chłopiec z żalem w głosie. Tutaj – odpowiada wychowawca pochylając się nad Szymusiem, gdzyż Szymuś to niezbyt wysoki 9-latek. A ja szukałem pana – ciągnie dalej równie płaczliwym tonem. To co chciałeś Szymuś? – pyta wychowawca zaniepokojony. Nic – odpowiada chłopiec.
nie toleruję nietolerancji
Naszło mnie na filozofie.
Przeczytałam sobie właśnie u Przemka tekst o tolerancji i od razu nasunęło mi się wiele myśli związanych z postrzeganiem życia świata. Widzę, że nie tylko ja zmagam się z podobnymi dylematami natury aksjologicznej – prawdopodobnie większość młodych ludzi doznaje takich dylematów. Mam na to swoją teorię, ale o tym później…
___
Przypomina mi się pewne ciekawe doświadczenie: kilka lat temu na forum internetowym ciągnęła się zażarta rozmowa na temat religii jako opium dla mas. Utworzyły się 3 obozy z czego dwa były skrajne a jeden neutralny. Członkowie obozu neutralnego próbowali utrzymać rozmowę w ryzach jakichkolwiek zasad kulturalnej dyskusji. Nie było to łatwe, bo religia to temat bardzo śliski a więc i emocje z nim związane sprawiały, że trudno było się opanować.
Ja znalazłam się w obozie “za”. Próbowałam bronić swoich wartości i przekonań, których bezsens starano się mi zaimputować. (Tu zgadzam się z Przemkiem – bardzo nie fajni są ci ateiści, którzy próbują udowadniać innym swoje racje). Byłam wtedy jeszcze na tyle młoda, że nie rozumiałam niedorzeczności takich dyskusji, a jako, że opowiedziałam się po konkretnej stronie, zostałam także nieźle sprowadzona do parteru. Naturalnie odebrałam to do siebie. Oczywistym jest także, że i “mój” obóz nieźle dojeżdżał tamtych. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.
Musze jednak przyznać, że wiele nauczyło mnie to doświadczenie i wiele z niego wyniosłam. Nie tylko to, że pewnych tematów nie warto poruszać (tym bardziej na forum internetowym;), ale przede wszystkim stworzyłam sobie pewien obraz współczesnego młodego człowieka, który wylądował w postmodernistycznej aksjologicznej czarnej dziurze i na siłę stara się znaleźć sobie jakiś punkt zaczepienia. Ponowoczesność nie ma nam w tej materii wiele do zaoferowania: upadek absolutu, wywrócenie na lewą stronę jakichkolwiek wartości. Nie ma autorytetu, nie ma się na czym oprzeć. Jak więc budować swoje pojęcie na temat dobra i zła? Tak się składa, że człowiek poszukuje wzorców. Co więc się dzieje, jeśli ich nie ma? A nie ma ich dlatego, że obecna filozofia życia odrzuca wszelkie wzorce stawiając na piedestale subiektywizm postrzegania świata. Każdy sam dla siebie jest bogiem, każdy sam sobie wyznacza wartości. Czy tak powinno być?
Sama nie wiem.. Bo to nie tak, że mentalnie jestem w średniowieczu.. Urodziłam się w tej ponowoczesnej rzeczywistości i w niej się wychowałam a więc co pewien czas dopadają mnie dylematy natury aksjologicznej. Moje poglądy na religię często były mocno krytykowane i nie łatwo było mi z nich nie rezygnować, tym bardziej, że mimo wszystko daleko mi do sposobu myślenia spod moherowego beretu. Mam wiele do zarzucenia instytucji, jaką jest Kościół Katolicki – przede wszystkim to “zinstytucjonalizowanie” właśnie uważam za ogromną jego wadę. Do tego stopnia, że zaczynam postrzegać wiarę i Kościół jako dwie odrębne sprawy. Wydaje mi się, że w pewnym momencie zrozumiałam jednak o co w tym wszystkim chodzi – o co mi samej chodzi, gdy mówię, że jestem wierząca. Ale pozostawiam to dla siebie – nie jestem typem misjonarza, który chce nawracać ludzkość – wkład postmodernizmu w moją osobowość jest taki, że uważam, że kwestia wiary to sprawa każdego człowieka a więc poza mną (no, może jeszcze poza najbliższą mi osobą) nikt więcej mnie w tym kontekście nie obchodzi.
A teraz moja teoria: uważam, że jedynym wyznacznikiem dobra i zła na świecie jest teraz tylko i wyłącznie intuicja. Człowiek intuicyjnie rozdziela te dwie sprawy a więc intuicyjnie idzie przez rzeczywistość, w której brak jest wzorów i wartości. Pozostaje mi więc mieć nadzieję, że społeczeństwo jest na tyle “zdrowe”, że potrafi wybrać tą dobrą alternatywę, cokolwiek to oznacza..
jeśli nie ja to ktoś inny
Pomyślałam, że skoro u mnie taka kicha twórcza to przynajmniej pokażę coś nie-swojego, a fajnego. Wartego zobaczenia/posłuchania w sensie. Tam Kot gdzieś na basie pyka sobie w kącie. fajnie:)
samokrytyka
Zdałam sobie sprawę z tego, że tawerna kuleje. Kuleje także rosyjski nie mówiąc o przystanku alaska. ojej.
no tak, taka proza życia.. czasami dzieje się tak, że z czegoś trzeba na chwilę zrezygnować. Eh.
Za to mam ładne mieszkanie. Czy można zastąpić rysowanie urządzaniem mieszkania? niby pokrewna dziedzina.. eee… ściemniam, po prostu próbuję usprawiedliwić sobie swoje lenistwo, że zamiast rozwijać się, tworzyć, działać, ćwiczyć (także i fizycznie), samodoskonalić się to w wolnej chwili wolę siąść i nic-po-nie-robić i tyć siedząc, obrastać w tłuszczyk poprzez kompensowanie sobie złej pogody dobrym jedzeniem. Inną sprawą jest, że tak mało wolnego czasu..
O nie, tak być nie może – postanawiam.. Tak być nie może, jestem zbyt młoda na taki model życia. do licha!
hm, no tak no tak.. jakoś tak dziwnie jestem skonstruowana, że sama siebie muszę dopingować do działania i sama na siebie się pogniewać. do licha! do licha z moim nic-nie-robieniem. Nawet grać już przestałam – bo nie mam na czym. Jasne, akurat. Gdybym się postarała to by było na czym. Farby pozastygały w słoiczkach. O nie, tak być nie może! do licha!
do licha z tym nic-nie-robieniem moim. eh.
algorytm depresji
W zeszłym tygodniu był najbardziej depresyjny dzień w roku. Było to dokładnie 19 stycznia 2009. Nie, że sama sobie to wymyśliłam - obliczył to jakiś brytyjski naukowiec (dziwne, że nie amerykański;). Ponoć w tym dniu nakłada się najwięcej niekorzystnych czynników, np. człowieka dopada apatia bo po przerwie świątecznej i sylwestrowym melanżu powraca do szarej codzienności a perspektywa następnej tak długiej i atrakcyjnej przerwy w pracy/nauce zbyt daleka; w tym dniu zdajemy sobie sprawę także, że na nic nasze noworoczne postanowienia, bo ani nie przestaliśmy palić papierosów ani nie chudniemy – a wręcz przeciwnie nawet; po świętach w portfelu pustka a do tego wszystkiego nieciekawa pogoda (i kilka innych czynników) – depresja gotowa!
Gdybym nie usłyszała o tym rano w pracy to pewnie nie zdawałabym sobie sprawy, że oto jest najgorszy w roku dzień i jeśli go przetrwam to już gorszego nie będzie. Wiem, to bzdura naturalnie. Depresyjne dni to sprawa bardzo indywidualna więc trudno mi uwierzyć, że faktycznie da się jeden jedyny dzień ustanowić tym najgorszym. Chyba, że sugestia? Tak, wydaje mi się, że społeczeństwo podatne jest na wszelkie sugestie tym bardziej, jeśli są one “naukowe” :)
Ale, żeby nie było tylko ponuro w dzisiejszych moich przemyśleniach to napiszę, że atmosfera jest dziś szaro-bura, mglista. Dosyć zimno i nieprzyjemnie, nieruchomo rzec by się chciało. Stagnacja. (I to ma być ten pozytywny aspekt? – myślicie sobie) ano…
Ja się uśmiecham:) bo lubię w takie dni myśleć sobie, że jak wrócę do domu to założę dresa, wełniane skarpety, obejrzę dobry film popijając herbatę z sokiem malinowo-żurawinowym, z melisy albo z mlekiem. Lubię sobie wyobrażać, że siedzę zawinięta w koc i czytam coś przyjemnego. Jako, że się odchudzam… tak tak – odchudzam się wbrew temu, co o odchudzaniu myślę;) nie ma w tych wyobrażeniach przygotowywania wypasionych potraw ani wcinania czekolady z orzechami (koniecznie w całości). Jednak wyobrażenia na temat przyjemnego spędzania dnia ponurego nie tracą bardzo na tym, że wyeliminowałam z nich doznania smakowe;)
___
Jest jedna rada na noworoczny marazm – się nim nie przejmować, nie chodzić nie ględzić, nie być jak smętny klarnet (moje ostatnio ulubione określenie o wybitnie pejoratywnym odcieniu). Po prostu nie przesadzać.