małżeństwo. sezon pierwszy. 2.
Jesteś wspaniały – mówię do G. pomagającego mi w kuchni podczas świąt.
Ty też jesteś nie najgorsza – odpowiada z uśmiechem na twarzy.
___
wspaniały : nie najgorsza ;)
love will tear us apart
Ciekawe, że do momentu obejrzenia filmu “Control”, nie miałam bladego pojęcia o istnieniu takiego zjawiska, jakim było Joy Division…
Pewnego wieczoru, kilka dni temu, postanowiłam obejrzeć film. Tak się złożyło, że akurat czekał mnie samotny wieczór. Słyszałam już wcześniej, że film na prawdę wart jest obejrzenia a dodatkową motywacją była intrygująca postać widniejąca na plakacie na tle zaawansowanego industrializmu. Takie obrazki działają na moją ciekawość jakoś tak pobudzająco. Zastanawia mnie również to, że na przykład w moich snach często pojawiają się postindustrialne molochy, ogromne budynki, hale, dzisiaj upadających już lub nawet opustoszałych fabryk. Na prawdę sama nie rozumiem swojej fascynacji tym tematem. Obiektywnie przecież są to odrażające obrazy..
Już na samym początku filmu zorientowałam się, że będę żałować, że go obejrzałam, że w ogóle został nakręcony.. Zatopiłam się bez reszty w tej historii. Podczas oglądania targały mną jakieś silne i skrajne emocje. Żal, złość a nawet gniew, współczucie, smutek, wstręt i odraza, ciekawość, poczucie beznadziei, lęk jakiś irracjonalny… wszystko to przeplatało się, wstrząsało moim ciałem. Czułam się źle.
Ian Curtis jest postacią tragiczną. Znienawidziłam go a jednocześnie było mi tak bardzo przykro, tak bardzo mu współczułam. Taka ambiwalencja uczuć powoduje, że nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tą sprawą. Ta historia po prostu musi być burzliwa, tutaj nigdy nie zapanuje spokój.
Po obejrzeniu filmu od razu zapoznałam się dokładnie ze wszystkimi informacjami, jakie można znaleźć w internecie. Przejrzałam zdjęcia, przeczytałam recenzje, opinie, opisy, wywiady, zamówiłam również książkę napisaną przez jego żonę “Joy Division i Ian Curtis. Przejmujący z oddali”. To przedziwna siła, która popychała mnie do tego działania. Doskonale wiedziałam, że moje samopoczucie wcale się nie poprawi dzięki temu, (a nawet wręcz odwrotnie) a jednak jakaś irracjonalna motywacja popychała mnie do tego, by dowiedzieć się jak najwięcej..
Kilka ostatnich samotnych wieczorów poświęciłam na czytanie książki. Nie będę rozwodzić się nad jej wartościami literackimi czy kwestią jej subiektywności. Tak na prawdę losy zespołu schodzą dla mnie na drugi plan. Dla mnie najciekawszą kwestią jest postać Curtisa, jego życie i relacje z ludźmi. I to, dlaczego był tak bardzo nieszczęśliwy.
Na samym początku książki umieszczone są zdjęcia. Ten młody chłopak wygląda całkiem normalnie. Zapewne nikt nie przypuszczałby, że w jego głowie dzieją się aż takie rzeczy! Opisy jego zachowań relacjonowane przez Debbie są przygnębiające. Stworzyłam sobie obraz totalnie niedojrzałego emocjonalnie człowieka, który na siłę chce dojrzeć – zakłada rodzinę. Ale czy założenie rodziny było tak na prawdę umotywowane chęcią bycia “dorosłym”? Deborah pisze, że Ian miał stałą potrzebę ciągłego potwierdzania jego własności. Powiedział do niej, że musi za niego wyjść bo wtedy nikt nie sięgnie już po to, co do niego należy.
Ludzie z taką osobowością są skrajnymi egoistami. W końcu trudno się dziwić, że skoro już się ożenił i skoro został ojcem, to żona wymagała od niego naturalnego wypełniania tych ról. Tymczasem dla niego samego nie było to takie oczywiste. Tu najbardziej ujawniała się jego niedojrzałość. Był jednocześnie bardzo wrażliwym człowiekiem. Pisał wspaniałe teksty, był prawdziwym artystą. Jak wiadomo jednak, takie osoby najczęściej narażone są na ogromne i głębokie przeżywanie życia. Piszę “narażone” ponieważ w pewnym wieku jest to balast czasem nie do udźwignięcia.
Z relacji jego żony wynika, że Ian potrafił być równie wspaniałomyślny i empatyczny jak bezwzględny. Nigdy nie przeszedł obojętnie wobec krzywdy innych, czego dowodem może być ogromne zaangażowanie w swoją pracę (zawodowo zajmował się pomocą w znalezieniu pracy osobom niepełnosprawnym) a także takie pojedyncze zdarzenia jak oddanie swoich kanapek kloszardowi. Tymczasem, gdy był na prawdę zdenerwowany (wydawałoby się, że z byle powodu), potrafił wyrwać kieliszek z ręki Debbie i wylać jego zawartość na jej sukienkę podczas ich przyjęcia zaręczynowego. Hm.. znam skądś takie zachowania..
Na jego osobowość na pewno wpłynęło to, w jakich czasach i miejscu żył. Manchester i jego okolice w połowie lat 70tych – jak można się dowiedzieć z różnych źródeł – były wtedy miejscem przygnębiającym, “zapomnianym przez Boga”, a na dodatek ten gorzki industrialny obraz osiedli mieszkaniowych. Ciekawe, czy gdyby wychowywał się w innym miejscu, jego losy potoczyłyby się inaczej?
Znaczącym elementem jego biografii są też wpływy muzyczne: David Bowie, Iggy Pop, Lou Reed, Sex Pistols wraz z wkraczającym punkiem i hasło przewodnie “No Future”. Czy przeciętny, targany emocjami nastolatek, identufikujący się z kulturą punk (śmieć, coś bezwartościowego) potrafi w takich warunkach widzieć jasną przyszłość? Choć Joy Division nie był przedstawicielem punka jako takiego (określany jest raczej jako post punk i nowa fala) to nie można nie przypuszczać, że ta ideologia nie wpłynęła w jakimś stopniu na ukształtowanie się zespołu.
Wszystkie te elementy stworzyły trującą mieszankę, którą uzupełniła na koniec niespodziewana epilepsja, niekończące się załamania nerwowe oraz uwikłanie w romans z Belgijką Annik Honore. Najgorsze jest jednak to, że ostateczne wycofanie, jakim jest samobójstwo, było chyba najlepszym rozwiązaniem dla Curtisa. Wiem, że brzmi to tragicznie.. ale po prostu nie wierzę, że cokolwiek mogłoby zmienić jego losy, mogłoby sprawić by był szczęśliwy i żeby przestał krzywdzić innych.
Ian Curtis to dla mnie piękna postać ( za wrażliwość, za twórczość), której nienawidzę (za całą resztę). Wiem nawet, dlaczego tak bardzo mnie poruszył..
___
Ech, miało być o świętach, ale nie wyszło. Musiałam chyba jakoś wyrzucić te emocje z siebie .
Nie mam jeszcze choinki, dzisiaj jest bardzo dziwnie – szaro – z ciężkimi chmurami nad głową.
___
Ciepłych świąt Wam życzę.
za drugim razem :)
Zdałam. Od przedwczoraj jestem kierowcą :) nie było tak źle, choć stres był ogromny. Czekałam na swoją kolejkę ponad godzinę. W tym czasie emocje sięgały zenitu! Na przemian oblewał mnie zimny i gorący pot i nie mogłam znieść zapachu jedzenia – wydawało mi się, że mój żołądek wykręca się na lewą stronę. Trzęsłam się jak galaretka – taka byłam zdenerwowana :) Starałam się zastosować wszystkie (możliwe do wykonania w tej sytuacji) techniki relaksacyjne, jakie tylko znałam, ale gdzie tam! Nic nie pomagało! Z tej paniki zaczęłam zastanawiać się czy ja w ogóle na kierowcę się nadaję i czy to aby nie moje chore ambicje w tym kierunku wzięły górę?
Zorientowana byłam mniej więcej w temacie egzaminatorów. Wiedziałam, z kim mam jakieś szanse, a z kim nie zdam na pewno. Wpatrywałam się więc nerwowo w sytuację na placu manewrowym. Wyczytano moje nazwisko, ruszyłam więc machinalnie jak mały robocik :)
cholerka cholerka cholerka.. myślałam sobie na rozluźnienie.
Podeszłam do pana egzaminatora i stanęłam. Kurczę, mam farta – pomyślałam, bo wiedziałam, że ten pan jest ok. Stoję sobie obok niego a on obok mnie i czekamy. ja – na jego reakcję, on – na mnie. bo chyba nie zorientował się, że ja to właśnie ja – że to ja mam zdawać egzamin. trwało to zaledwie kilka sekund, ale dało się zauważyć, że w pierwszej chwili w ogóle nie wziął mojej osoby pod uwagę :) zorientował się dopiero, gdy powiedziałam “dzień dobry”.
byłam zdenerwowana i zła w dodatku na to, że przez te nerwy jeżdżę gorzej niż zazwyczaj. no, ale to był egzamin w końcu. w ostateczności kto na egzaminie się nie denerwuje? musiałam poprawiać “zawracanie z użyciem biegu wstecznego” bo zapomniałam o kierunkowskazie. trochę trudno mi się prowadziło ten samochód ponieważ sprzęgło i gaz działały idealnie. nie jestem przyzwyczajona do samochodów, w których sprzęgło i gaz działają idealnie :) dlatego też trochę cząchało, ale w ostateczności szybko przyzwyczaiłam się do tego samochodu. po 10 minutach było już ok i nie hamowałam już tak gwałtownie i ruszałam też płynnie. no i z ręcznego, bez żadnych problemów. raz jeden tylko przygazowałam tak, że dym poszedł :) ale ruszyłam!
“teraz to dopiero zacznie się prawdziwa nauka jazdy” powiedział mi G. gdy wysiadłam z samochodu nr 13, uradowana pozytywnym wynikiem egzaminu:)
___
od 2 dni wszyscy życzą mi “szerokiej drogi”. ale przecież nie jeżdże wcale źle i na wąskiej drodze też sobie poradzę! :D
raport o polskiej służbie zdrowia (przygnębiający)
Na razie jestem młoda, zdrowa i nie potrzebuję większego kontaktu z polską służbą zdrowia niż taki, jaki zapewniają mi spotkania z lekarzem rodzinnym. Jednak ostatnio byłam świadkiem sytuacji tak absurdalnej, że wprost uwierzyć nie mogę, że działo się to na prawdę. Ogarnęło mnie ogromne zwątpienie i zastanawiam się co będzie, gdy przyjdzie kiedyś taka konieczność aby skorzystać z usług naszych polskich lekarzy (mam na myśli opiekę państwową, bo prywatnie rzecz ma się oczywiście odrobinę inaczej)..
Jest noc. Piątek. Coś złego dzieje się z naszym organizmem. Zachodzi więc nagła potrzeba zasięgnięcia lekarskich porad. Nie wiadomo do kogo się udać gdyż szpital nie przyjmuje zgłoszeń innych niż te ratujące życie. A skoro jeszcze nie umieramy to odsyła nas do ośrodka świadczącego usługi w ramach POZ . Tam, jak tylko udaje nam się dostać do lekarskiego gabinetu (okazuje się, że lekarz jednak jest – nie pojechał wcale na żadną domową wizytę, tylko śpi) dowiadujemy się, że “no nie wiem co pani jest.. niewiadomo” i dostajemy skierowanie do szpitala (a więc wycieczka po mieście w tą i z powrotem). W szpitalu dostajemy kroplówkę i bez większych zmian w samopoczuciu (nadal boli) zostajemy wysłani do domu, ponieważ “organizmowi trzeba dać czas, siłami natury zwalczać ból”. Dostajemy także skierowanie do specjalisty, który przyjmuje w poniedziałek. Po kroplówce jednak nie przechodzi. Siłami natury bólu także nie udaje się zwalczyć. Po ponad dobie cierpienia postanawiamy spróbować drugi raz. Dzwonimy w celu zamówienia opieki domowej. Może przyjechać dopiero za 3 godziny [sic!] a więc decydujemy się na kolejną wycieczkę do szpitala. Wchodzimy do głównego holu i właściwie nie wiemy co dalej ze sobą zrobić. W informacji nie ma nikogo, choć posiada ona ze trzy stanowiska.. Pukamy więc do pierwszych lepszych drzwi (wszystkie zamknięte), wychodzi lekarz. Mówimy lekarzowi jaka jest sytuacja a on odchodzi wolnym krokiem niewzruszony. Szlag nas w końcu trafia (bo ileż można) więc idziemy za lekarzem i z lekkim poirytowaniem w głosie pytamy czy ktokolwiek nas tutaj obsłuży i czy będąc w szpitalu mamy może zadzwonić po karetkę, bo inaczej nie doczekamy się pomocy. Na co on odpowiada, że jeśli chcemy to możemy i do samego dyrektora dzwonić. Szlag nas trafia jeszcze większy więc i coraz mniej uprzejmości w tonie naszej wypowiedzi. Informujemy lekarza, że łaski to on nam nie robi bo to jego obowiązek jest zająć się cierpiącym pacjentem i że płacimy mu za to, żeby swoje obowiązki wykonywał (co pewnie lekarza nieco wkurwia ponieważ – mimo, że to prawda – jemu wydaje się, że nie wiem skąd biorą się pieniądze na jego pensję). Lekarz widocznie zdenerwowany (co mnie wcale nie dziwi;) odpowiada, że to nie prawda, że mu płacimy (jak to nie!?) ale w efekcie przyjmuje nas do gabinetu. Wysyła na kolejną kroplówkę. w tym czasie spotykamy na korytarzu innego – znajomego lekarza, który ochrzania nas, że nie dzwoniliśmy od razu do niego (do głowy nam to nawet nie przyszło aby w ten sposób…). idzie podgadać z kim trzeba i od tej chwili mamy zapewnioną profesjonalną opiekę. Przestajemy się stresować i od razu mniej boli…
przygnębiające.. po prostu przygnębiające.. sekta lekarzy traktuje nas, swoich pacjentów jak robaki. tylko jak to zmienić? w ramach protestu przestać się leczyć? eh.
małżeństwo. sezon pierwszy. 1.
Ty to masz jakieś takie dziwnie i sztywne przyzwyczajenia, wiesz? – mówię do mego Ślubnego zmywając talerze po niedzielnym obiedzie – Ciekawe skąd Ci się to wzięło? Przywiązujesz wagę do tak mało istotnych rzeczy..
G. patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć : “po co w ogóle poruszasz ten temat?”, ale nie mówi. Jego wzrok sugeruje natomiast, że nie chce podejmować rozmowy. Ja jednak nie daję za wygraną.
Przyzwyczajasz się bez sensu a potem trudno Ci się rozstać ze starymi dziurawymi spodniami. – kontynuuję.
No, ale co w tym złego? – podejmuje Ślubny widząc, że nie odpuszczę. Najprawdopodobniej daje mi to poczucie bezpieczeństwa. A jeśli moje poczucie bezpieczeństwa związane jest z takimi przyzwyczajeniami no to normalne jest, że raczej niechętnie się ich wyzbywam.
ho ho! no to pojechał mi psychologią ;) – myślę. to i lepiej – lata studiowania nie poszły jednak tak do końca na marne – cieszę się w duchu.
Poza tym.. widzisz.. są tego korzyści i dla ciebie. Przyzwyczaiłem się do ciebie – mówi – więc się ożeniłem.
Co!? – w mym głosie zapewne dało się usłyszeć nutkę zdziwienia, bo bez zbędnych pytań dokonczył:
Przyzwyczaiłem się i postanowiłem niczego nie zmieniać bo tak jest dobrze. Zapytałem, a ty się zgodziłaś..
A to chyba pozytywny wymiar moich przyzwyczajeń? :)