dziwne sny
Nie wiem co na to wpływa. Być może pora roku, być może zła dieta, zmęczenie? Nie wiem. Śnią mi się różne przedziwne rzeczy. Czasami po prostu napada mnie taki okres senny i nie ważne co zrobię – czy będę pić melisę na noc, czy gorące mleko, czy cokolwiek.. sny galopują noc za nocą jak szalone, a są dosłownie o wszystkim.
Ostatnio męczą mnie sny dotyczące facetów, z którymi (że to tak określę;) mogło mnie coś kiedyś łączyć. Nie wiem czy to rodzaj kary od losu czy może wyrzuty sumienia.. bo śnią mi się tylko ci, z którymi nie wiążą mnie jakieś rewelacyjne stosunki. Te relacje są aż tak złe, że ich po prostu nie ma. Śnią się w przeróżnych kontekstach. Na jeden z tych snów chciałabym zwrócić uwagę, ponieważ wydaje mi się dosyć przewrotny.. śniło mi się bowiem to, o czym ktoś kiedyś opowiadał mi, że mu się śniło..
___
Kilka lat temu miałam kolegę, który opowiedział mi swój sen. W tym śnie ja i on spotkaliśmy się po latach. Spotkaliśmy się w dość nietypowym miejscu, bo w publicznej toalecie. Ja akurat mydliłam sobie dłonie. Widząc jego postać w lustrze odwróciłam się. Opowiadał, że byłam w ciąży i miałam na sobie biały płaszcz, który układał się po dwóch stronach brzucha – a brzuszek tak ślicznie wystawał. Śniło mu się, że się przywitaliśmy i wymieniliśmy typowe w tej sytuacji zdania „co u ciebie, dawno się nie widzieliśmy..” on zapytał mnie od kiedy jestem w ciąży, a ja miałam odpowiedzieć, że od jakiegoś roku (no tak, w snach można być w ciąży od jakiegoś roku;) a następnie zapytał o ojca dziecka, na co ja odpowiedziałam, że nie wiem kim jest ojciec i wcale nie byłam tym ponoć zmartwiona..
Relacje z moim kolegą trochę się popsuły pewnego dnia a teraz nie ma ich wcale. Minęło już kilka lat od naszej znajomości i wydaje mi się dość zagadkowe to, że akurat teraz mi się przyśniło, to co mi się przyśniło.. otóż..
Śniło mi się ostatnio, ze spotykam tego kolegę w jakiejś publicznej toalecie. Spostrzegam go w lustrze myjąc dłonie i odwracam się. Mam na sobie biały miękki sweter i biały płaszcz układający się po dwóch stronach brzucha ponieważ naturalnie jestem w ciąży. Patrzę na niego i mówię: „twój sen się spełnił”.
___
Chris o poranku:
W snach zaczyna się odpowiedzialność jak napisał poeta – być może. Czy traktujemy sny zbyt lekko? Czy obrazy z nieznanych miejsc to anioły w locie? Nasze dusze? Ostatnie wydarzenia sprawiły, że zanurzyłem się w metafizyczne odmęty i stanąłem po stronie wierzących w rzeczy, które nie łatwo wyjaśnić. Otwórzcie się na sny. Nasza śmiertelna podróż szybko się kończy. Wieże spowite chmurami, cudne pałace, świątynie i cały glob – wszystko się rozpłynie – nie pozostanie ani śladu. To z nas sny są utkane, a nasze życie spowija sen.
jestem dyslektykiem
witam. jestem dyslektykiem. moja dysleksja spowodowana jest wadliwym działaniem analizatora wzrokowego (nie chodzi o wadę narządu wzroku – czyli oka, tylko o mikrouszkodzenie części korowej mózgu odpowiedzialnej za analizę wzrokową. najprawdopodobniej, gdyż koncepcja o mikrouszkodzeniach mózgu, jako przyczynie dysleksji rozwojowej, nie została w pełni naukowo potwierdzona a i niektórzy sądzą, że niemożliwe jest aby kiedykolwiek doczekała się potwierdzenia. jednak hipoteza ta funkcjonuje i ma się chyba nieźle. w każdym razie..
jestem dyslektykiem. sięgając wspomnieniami do wczesnych lat mego życia przywołuję w wyobraźni chwile spędzone nad pierwszymi czytankami. oj.. męczyłam się okrutnie. wtedy też jedynymi moimi terapeutami z tej dziedziny byli rodzice. jako, że rodzice o dysleksji wtedy pewnie jeszcze bladego pojęcia nie mieli – nie umieli sobie wytłumaczyć moich specyficznych zaburzeń w nauce czytania i pisania. ćwiczyłam więc do bólu. a gdy rodzice stracili cierpliwość, zostałam oddana pod opiekę babci. babcia z kolei wiedziała jak odpowiednio mnie zmotywować (metodą klapsową;) i jak wyperswadować mi konieczność nauki czytania. w ostateczności czytać się nauczyłam a i z pozostałymi trudnościami (jakich inne dzieci w moim wieku nie miały) radziłam sobie najwyraźniej “jakoś”, bo nikomu nie przyszło do głowy aby wysłać mnie na jakiekolwiek badania. nikomu nie przyszło do głowy, choć przez pół podstawówki (czyli te klasy, kiedy cała nauka skupia się na opanowaniu umiejętności czytania, pisania, rachowania…) słyszałam, że sadzę byki i mylę litery i że jak to możliwe skoro generalnie całkiem nie głupia jestem? w wyższych klasach podstawówki, tak jak i w liceum, na pierwsze miejsce wysuwa się wiedza a do jej zdobywania nie trzeba poprawnie pisać. na języku polskim tylko od czasu do czasu miałam głowę suszoną za te ortografy (no i wieczne pały z dyktand), nauczyciele z innych przedmiotów przymykali najwyraźniej oko. i tak aż do klasy III LO, kiedy to sama postanowiłam zadziałać by to zbadać. zmusiłam wręcz polonistkę by wypisała mi skierowanie. wypisała więc poszłam. no i okazało się..
jestem dyslektykiem. jestem sprytnym dyslektykiem skoro do III klasy LO nikt nie wysłał mnie na badania. albo inaczej: dlaczego moi poloniści, których przez lata nauki przewinęło się sporo, nie wysłali mnie na badania?
być może gdybym o tym wiedziała, że mam słabo rozwiniętą wyobraźnię przestrzenną, nawet nie pomyślałabym o pchaniu się na architekturę i nie musiała wiecznie słuchać, że “przesadziłam o milimetr”. albo moje deficyty byłyby skorygowane na tyle, że teraz radziłabym sobie lepiej niż radzę np. z zapamiętywaniem treści przeczytanego tekstu a czytanie trudnych niepotocznych wyrazów nie wiązałoby się z ich literowaniem?
cóż, można by było tak gdybać, ale jak to powtarzał mój nauczyciel z podstawówki: “historia nie lubi gdybania”. więc trudno. czasu nie da się cofnąć. w ostateczności nie ucierpiałam jakoś wielce. poza tym… :)
Zdognie z nanjwoymszi baniadmai perzporawdzomyni na bytyrijskch uweniretasytch nie ma zenacznia kojnoleść ltier przy zpiasie dengao sołwa. Nwajżanszyeim jest, aby prieszwa i otatsnia lteria była na siwom mijsecu, ptzosałoe mgoą być w niaedziłe i w dszalym cąigu nie pwinono to sawrztać polbemórw ze zozumierniem tksetu. Dzijee się tak datgelo, ze nie czamyty wyszistkch lteir w sołwie, ale cłae sołwa od razu.
rocznica
tak się składa, że dzisiaj mija rok odkąd jest strych. szybko minął ten rok.
ludzie #4 (o moim w Krakowie pomieszkiwaniu)
przez te kilka lat mojego studiowania skrystalizowało mi się co nieco pojęcie o ludziach:) na drugim roku miałam taki wspaniały przedmiot jak psychologia społeczna. uczęszczając na tenże przedmiot uświadomiłam sobie wiele spraw, na przykład to, że ludzie są sobie nawzajem potrzebni:) niby taka nieskomplikowana sprawa, niby brzmi tak banalnie, ale jednak..
gdyby przyjrzeć się temu bliżej, można się na prawdę zdziwić. otóż ludzie są sobie nawzajem potrzebni po to by zaspokajać swoje własne potrzeby. wg poglądów niektórych psychologów altruizm jako taki nie istnieje. każde, na prawdę każde nasze działanie nastawione jest na korzyść własną. tak, wiem.. czytając coś takiego też początkowo się oburzyłam. jak to? przecież na świecie jest sporo bezinteresownych ludzi, którzy wspaniałomyślnie poświęcają się dla innych – pomyślałam. a jednak nie jest to, wg tych poglądów, przejaw altruizmu. a to dlatego, że nawet pomagając – załóżmy – chorym ludziom w Afryce, realizujemy swoje pierwotne potrzeby. może być to forma uspokojenia swojego tak zwanego sumienia (nie mogę znieść, że ludzie na świecie cierpią więc postanawiam coś zdziałać – działając przeciw tej sytuacji mam poczucie, że nie jestem bierna wobec krzywd innych – w rzeczywistości działam w kierunku zredukowania dysonansu – a w efekcie spełnienie swojej potrzeby poczucia, że nie jestem bierna); podobnie rzecz ma się np. u ekologów czy miłośników nieszczęsnych zwierząt.
przyjrzyjmy się dla odmiany innej sytuacji, takiej z życia codziennego. przykładowo niedołężny rodzic. ten przykład jest może nieco bliższy nam niż światowa działalność charytatywna. są osoby, które pozostawiają opiekę nad rodzicami innym (domy starości, pomoc społeczna czy coś), ale są i tacy, którzy czują się w obowiązku zaopiekować się rodzicem. jednak i to jest spowodowane chęcią zaspokojenia swoich własnych potrzeb. ci wszyscy, którzy oddają rodziców do domu starców najwyraźniej takiej potrzeby nie odczuwają. a ci, którzy opiekują się rodzicami robią to dlatego, że ich własne ego tak każe. inaczej odczuwaliby poczucie winy, a tak – opiekują się – redukcja dysonansu – wszystko jest ok.
nie chcę oczywiście przez to powiedzieć, że to jest złe. gdybyśmy wszyscy odczuwali takie potrzeby – byłoby wspaniale, gdyż ich zaspokajanie w tym kontekście jest bardzo dobre. i nawet nie żal jest tego, że nie można tego altruizmem nazwać.
no dobrze, ale jak ma się to wszystko do zwykłych relacji interpersonalnych? otóż myślę, że relacje międzyludzkie opierają się na zaspokajaniu potrzeb, a jeśli żadna potrzeba nie wystąpi to nie ma konieczności nawiązania relacji. nie wiem czy ten tok rozumowania jest słuszny, ale przykład mojego pomieszkiwania w Krakowie na to wskazuje. ja nie potrzebuję niczego od tych gości mieszkających tam, oni nie potrzebują niczego ode mnie. nie jest więc niezbędne abyśmy się znali. co innego gdybym miała mieszkać tam na stałe, a tak? przyjeżdżam raz na jakiś czas, właściwie cały czas mnie nie ma – wracam tylko na noc. nie przeszkadzam w niczym (choć, gdy suszę włosy o szóstej rano w niedzielę moją super-odrzutową suszarką, to zastanawiam się czy faktycznie tak jest;) więc po co mamy się w ogóle zapoznawać? tym bardziej, że da się uniknąć jakiegokolwiek spotkania. z drugiej zaś strony może chłopaki są wstydliwi i raczej woleliby się nie poznawać – czyli realizują swoją potrzebę czucia się bezpiecznie? (zakładając, że zapoznanie nowej osoby stwarzałoby poczucie zagrożenia). a może to, że się nad tym w ogóle zastanawiam też prowadzi do zaspokojenia jakiejś mojej potrzeby. na przykład czuję się częścią społeczeństwa, żyję według ustalonych społecznych reguł więc uważam, że powinnam ich poznać bo tak byłoby ok?
no proszę. zwykła rzecz, taka najnormalniejsza sprawa pod Słońcem, a przecież kryje się w niej tyle subtelności :)
hehe, przynudzam, co? ;)
to może skończę zanim ktoś mi tu zaśnie na klawiaturze;)
SOFTIMAGE oraz MATLAB czy coś ;)
ja: ej, no to jak to z tą kaczką?
Śmietan: no, patrz.
ja: fajna. a co ona ma w ogóle sobą reprezentować?
Śmietan: to taka animacja – ona ma po prostu wystartować z tafli lodu.
ja: jaaa… :)
Śmietan: pokażę ci jakąś prostą animację: masz tu kulkę, załóżmy plastikową. ona w śrosku jest pusta bo w zasadzie po co miałaby mieć coś w środku?
ja: skąd wiesz, że miałam zapytać co jest w środku?
Śmietan: wiedziałem, ze o to zapytasz :) no ale jest ta kulka a nad nią kawałek czegoś.. załóżmy będzie to nylon – nie wiem co to jest, ale ładnie się nazywa. na ten nylon podziałamy grawitacją, ale na kulkę grawitacja nie działa. dodatkowo na drodze swojego lotu nylon jako przeszkodę ma kulkę (pyk pyk, ustawione). i patrz: nylon leci w dół, opada na kulkę , o! nawet się trochę osunął..
ja: aaa tak, bo nylon to takie tworzywo sztuczne, coś jak wolek z supermarketu. on faktycznie by się osunął, bo jest lekki.
Śmietan: no i widzisz właśnie, na tym to polega :)
—
ja: a co to za szlaczki tutaj robisz?
Śmietan: to nie są szlaczki, to ważne rzeczy :)
ja: dla mnie to szlaczki. no i co, piszesz jakiś wzór i wyjdzie ci z tego później na przykład biedronka?
Śmietan: hehe biedrona to nie, ale wpisuję coś takiego t=[0:0.1:2*pi]; y=sin(t).^2; plot(t,y); dajesz enter i masz wykres sinusa.
ja: e, głupie. a po co wam się uczyć takiego wykresu sinusa. co to, sam sobie odręcznie nie narysujesz? szybciej w ogóle i nie trzeba pamiętać tych wszystkich znaczków..
Śmietan: bo wiesz, jak chcesz sobie na przykład pooglądać cycki to musisz najpierw nauczyć się jak zrobić wykres sinusa ;)
—