Schizofrenia Stosowana
Kraków 25.10.2008, godz. 21:05
Oto mój debiut (już na wstępie zgrzyt, bo w słowie „debiut” zrobiłam błąd ortograficzny). To mój debiut pisarski. Odkąd jest strych, marzyłam by napisać coś nietypowo. Postaram się więc to opublikować na serio. Jest to debiut, ponieważ po raz pierwszy od roku pisze w ten sposób. Jest to bardzo specyficzny sposób, gdyż wszystko, co do tej pory udało mi się spłodzić, było pisane „na świeżo”. Kilkanaście (kilkadziesiąt?) minut spędzonych w edytorze tekstu w panelu administracyjnym mojego bloga, rzadko dokładna analiza i korekta tekstu, gotowe i już, „publikuj”. Można czytać. Tym razem jest jednak inaczej.
Jest to więc nowe jakościowo doświadczenie. Zastanawiam się czy przepisując tekst jakiś czas później w celu opublikowania go, nie będę chciała robić poprawek, nie stracę klimatu i w związku z tym nie osiągnę zamierzonego celu – czy nie powstanie mi jakiś dziwoląg, który nijak nie będzie trzymać się zamysłu? Ale w tym właśnie momencie, dokładnie teraz, kiedy to piszę, obiecuję sobie, że przepisze dokładnie jak jest i bez mrugnięcia okiem opublikuję.
(pisanie „na świeżo” ma tę zaletę, że – bach – nie ma odwrotu).
Jest Kraków. Jest pora późno-wieczorna. Jest ulica Czarnowiejska i nie ma autobusu. Odjechał 2 minuty temu, następny za pół godziny. Siedzę więc i piszę. Samochody przejeżdżają. Po drugiej stronie ulicy stoi wóz policyjny i mruga jednym tylko światłem, (co się stało z drugim? Czemu nie świeci?), Kogoś sprawdzają. Mam mało czasu, ten wstęp zajął zbyt wiele. Przewijają się ludzie. Drzewa naprzeciw mają jeszcze liście. Jest przyjemne ciepło. Pisze bardzo uniesiona. Jest mój Kraków, który tak rzadko mi się zdarza…
Rano ledwie zwlokłam się, a raczej wypełzłam z mojego legowiska. Zmęczona – powłóczyłam się na zajęcia. Spędziłam tam kilka (niestety bezowocnych i bezsensownych a także meczących) godzin. Wyszłam mocno zniesmaczona, bo rzadko spotykam tak niepoczytalnych wykładowców, jakim jest pani doktor Park (park to oczywiście pseudonim wymyślony przeze mnie. Dla wnikliwych i zainteresowanych niezła zagadka – jeden z krakowskich parków i nazwisko tej pani są ze sobą mocno związane:). A więc wyszłam z uczelni i udałam się do lunch-baru mieszczącego się w Żaczku – wejście od Rotundy (*rewelacyjne sałatki). Bar ów jest mocno po-peerelowski, ale lubię tam jadać. Tym razem śpieszyłam się ponieważ byłam umówiona z Karoliną.
Droga Karolino! Droga wspaniała Karolino! Magiczna metafizyczna Karolino! Spotkania z Tobą to jak przejście do innej rzeczywistości. Odrywam się od swego życia, bo ono za bardzo różni się od tego, o czym rozmawiamy. Nie, nie mówię, że moje życie jest złe tylko po prostu inne. Usiadłszy sobie na ulicy, popijałyśmy całkiem niezłą acz cholernie drogą kawkę. Obserwowałam przechodzących ludzi. Następnie przeniosłyśmy się do miejsca docelowego. Tym razem zakupiłyśmy gorące słodkie piwo i zasiadłyśmy w szafie. Zaglądał do nas ten mały śliczny chłopczyk. Zapytałaś czy to, o czym mówisz nie nudzi mnie. A więc odpowiadam: ależ nie! Bardzo lubię jak opowiadasz! Atmosfera szafy dodatkowo mnie oczarowała. Słuchałam jak zaklęta. Bardzo żałuję więc, że musiałam (jak zawsze z resztą:/ ) iść. Gdzieś nad głową zawsze świeci mi lampka, która w pewnym momencie zaczyna mrugać (sic!). Wyszłam na ulicę, spojrzałam w stronę Małej. Ruszyłam. Idąc Zwierzyniecką a później alejami, ciągle jeszcze byłam w nierealności. Przechodząc obok kina Kijów postanowiłam zadzwonić. Skręciłam na Błonie by oddalić się od zgiełku samochodów sunących alejami. Wybrałam numer do rzeczywistości: „Halo? Hej, co robisz? Możesz rozmawiać? Wiesz, miałam bardzo męczący a zarazem odprężający dzień. Taka schizofrenia stosowana :) chciałam pogadać, chciałam Cię usłyszeć. Jutro wrócę wcześniej, odwołali połowę zajęć, nie mogę się doczekać…”
Dochodzę do ulicy Czarnowiejskiej, sprawdzam godziny odjazdu mojego autobusu. Odjechał 2 minuty temu, następny za pół godziny. Siadam więc na ławce, wyciągam notatnik i zaczynam pisać…
post scriptum: typ wędrowca wg Z. Baumana
typ wędrowca to jeden z czterech wariantów tożsamości człowieka ponowoczesnego opisanego przesz Zygmunta Baumana. epoka, w której przyszło nam żyć charakteryzuje się całą gamą cech, które wpływają na kształtowanie się tego nowego typu tożsamości.
żyjemy w globalnej wiosce, gdzie wszyscy piją coca-colę, jedzą hamburgery i noszą jeansy. wysoko przetworzone produkty spożywcze zapełniają półki w całodobowych hipermarketach. podróżowanie po świecie nie sprawia problemu. wystarczy wsiąść do samolotu, gdzie nakarmią cię plastikową bułką nadzianą produktem seropodobnym i musztardopodobnym z terminem przydatności do spożycia – 10 miesięcy i po kilku godzinach jesteś na innej szerokości geograficznej. wystarczy też siąść przed komputerem by porozmawiać z kimś z dowolnego miejsca na świecie.
żyjemy w dobie informacji. to ona w dzisiejszych czasach ma największą wartość. uzależniamy się od internetu, w którym najłatwiej jest się nam zidentyfikować. prowadzimy wirtualne życia na forach, przyjaźnie wyznaczają swe ścieżki na komunikatorach, wywnętrzniamy się na blogach (to o mnie;) robimy zakupy w sklepach internetowych, prowadzimy elektroniczną korespondencję; płacimy elektroniczne rachunki, przez internet załatwiamy sprawy w banku czy urzędach.
żyjemy w dobie homogenizacji kultury. odniesienie do różnych kultur (zazwyczaj orientalnych) czy religii jest kwestią tylko i wyłącznie mody, np. moda na buddyzm ;)
w dzisiejszym świecie nastąpił rozpad dotychczasowych tradycji, dekonstrukcja wszelkich schematów i struktur. wszechogarniający pluralizm i kosmopolityzm.
i w tym wszystkim człowiek – wędrowiec. inaczej można by go nazwać włóczęga-konsument. szwendający się bez celu osobnik nastawiony na totalną konsumpcję. osoby takie gnieżdżą się w miejscach publicznych (centra handlowe?) skupiających tłum podobnych im ludzi. centra handlowe nie bez powodu zbudowane są w ten sposób, że można chodzić w kółko. witryny sklepowe hipnotyzują spacerowicza. gdy osobnik ten zmęczy się – ma szansę usiąść na ławeczce po środku pasażu, wypić kawę, zjeść coś, iść do kina czy na kręgle nie opuszczając budynku.. wszystkie te elementu konsumpcyjnej kultury – promocje, gadżety – mają spowodować zatrzymanie wędrowca jak najdłużej. bo oto nastała nowa era spędzania czasu wolnego: “relaks w centrum handlowym”.
najgorsze jest to, że ja też jestem wędrowcem i zdaję sobie z tego sprawę. gdy zbliżam się do takiego miejsca, ośrodek przyjemności w moim mózgu uaktywania się i zaczynam odczuwać miłe uczucie zadowolenia. sama nie wiem jak przed tym uciec, eh.
galeria?
w moim niespełna 40-tysięcznym mieście powstała galeria. jej uroczyste otwarcie, na którym ponoć wystąpi Denzel (sic!) ma nastąpić w najbliższą sobotę. odbyło się nawet posiedzenie Rady Miejskiej w tej sprawie i jak w każdej kwestii – znaleźli się zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy całego zamieszania…
sama oczywiście oczekuję otwarcia. wnętrze obiektu naturalnie jest póki co tajemnicą. myślę, że będzie to ciekawe socjologiczne wydarzenie. chętnie poobserwuję czy “nasza” galeria stanie się (na wzór galerii w wielkich miastach) miejscem schadzek jasielskich EMO małolatów. mają być tam i restauracje w środku ( McDonald’s? ;) więc spore szanse na to, że owe miejsce stanie się celem niedzielnych wycieczek całych rodzin. wspaniale.
a więc coraz bliżej nam do tego, co Z.Bauman nazwał typem wędrowca. a więc i tutaj dotarł podmuch ponowoczesności, choć miałam nadzieję, że stanie się to o wiele później. moje miasto było miejscem, gdzie wracałam chętnie z tych chałaśliwych i szybko żyjących obszarów postmodernizmu. że zacofane? no własnie.. wbrew pozorom była to jego największa zaleta. tu żyje się wolniej, spokojniej. niestety jednak czas nie zatrzymuje się nigdzie. chyba trzeba się z tym pogodzić. trudno przeciwstawiać się postępowi. nawet do taplar w końcu dotarła droga asfaltowa..
śmiać się czy płakać? rzecz o ftop5.
nie mogę uwierzyć, że stacja radiowa, która jako jedyna miałaby szansę uzyskać u mnie miano “dobrej” rozpoczęła emitowanie takiego programu. no nie, byłabym niesprawiedliwa, gdybym tak z mostu totalnie skrytykowała pomysł. nie, nie o to chodzi. ale po kolei..
rzecz dotyczy nowego programu nadawanego w niedzielę o godzinie 19tej pod tytułem: “ftop5″. krótka informacja: chodzi w nim o to, że panowie redaktorzy “demaskują” utwory jakiegoś zespołu ( w każdej audycji “obrabiają” inny zespół; ja słuchałam na temat HEY.a ) zestawiając je z innymi – naturalnie nagranymi kilka lat wcześniej. w opisie audycji można przeczytać:
*fTOPA – utwór muzyczny w części lub w całości upodobniony do innego utworu muzycznego pod pretekstem inspiracji.
wszystko sprowadza się do tego, że dwóch panów: kapitan kopykat Paweu ( ciekawe czemu przez “u” a nie “ł” na końcu? ) Korsun i jego chwat kopykat Albert Ambroziewicz, przeprowadza muzyczną lustrację. ( ten tekst o kopykatach nie ja oczywiście wymyśliłam, to też można przeczytać w opisie programu ;)
i cóż.. słuchałam tylko fragmentu przygotowując sobie tosty na kolację ( z miodem były ), ale z mostu doznałam pewnego zniesmaczenia. to, że niektóre utwory są do siebie łudząco podobne – wiedzą wszyscy. to czy jeden artysta zrzynał od drugiego – to już swoją drogą. pomysł sam w sobie mógłby być nawet i ciekawy, gdyby nie to, że panowie redaktorzy zamiast traktować to w formie ciekawostek i zabawy, postanowili przeistoczyć się w policjantów “kopykatów” ;) i wydaje im się, że bardzo są w tym odkrywczy. i nie chodzi nawet o to, że akurat na tapecie był zespół HEY, do którego mam ogromny szacunek, ale o to, że w ostateczności gama ma tylko siedem dźwięków ;)
z resztą cóż to znaczy “pod pretekstem inspiracji” ? skąd też to odważne przekonanie, że utwory, które oni dobierają są inspirowane sobą nawzajem?
przysłuchałam się na moment ( miód w tym czasie elegancko spłynął mi z łyżeczki na stół ) i pomyślałam, ze to wszystko naciągane jest bardzo. akurat przedstawiali swoje domysły na temat “Teksańskiego”. początkowe riffy miały być zerżnięte z The Clash – “Should I Stay or Should I Go”. (szczegół, że moja siostra w tym czasie stwierdziła, że jeśli to ona miałaby się wypowiadać, to prędzej porównałaby to do “Wild Thing” The Troggs, no ale niech będzie;) jasne, brzmi podobnie, ale… no właśnie to wielkie “ale” nie dawało mi spokoju. przekonania, że to wszystko hydrologia i kombinatorstwo stosowane nabrałam w momencie, gdy porównano wokal Kasi z tejże piosenki z linią saksofonu pochodzącą z “Joe la Taxi” Vanessy Paradis. gwoździem do trumny tej audycji było to, gdy któryś z sympatycznych prowadzących wyraził przekonanie, że dowodem na powiązanie tych dwu piosenek jest tytuł utworu HEY.a “Teksański”. że gdyby zmienić mu na “taksański” to juć całkiem blisko do “taxi” z tytułu piosenki Paradis.
moim skromnym zdaniem jest to lekka żenada, bo wszystko mocno naciągane. to dobry czas antenowy niech więc wyemitują wtedy coś, czego w ogóle da się słuchać. bo na dobitkę rzeknę, że trudno jest ze spokojem słuchać tych zestawień. włos na karku się jeży, gdy z głośnika słychać dwie nałożone na siebie piosenki.
tak więc faktycznie “ftopa” :) jedna rada: na niedzielne wieczory trzeba znaleźć sobie inne zajęcie niż słuchanie trójki ;)
a może ktoś ma inne zdanie na temat tej aucyji? :)
nocnik
postanowiłam zrobić trochę porządków na strychu. zaczynam od kategorii dotyczącej snów. otóż z dniem dzisiejszym otrzymuje ona nową wdzięczną nazwę “nocnik” :)
***
siedzieliśmy z Serkiem na porośniętym polnymi trawami skraju ulicy i czekaliśmy na nadejście G.
