dziewczyna z perłą

ten wieczór był raczej zimny i na pewno deszczowy, kilka lat temu. dokładnie nie pamiętam kiedy, ale podejrzewam, że jakiś listopad. nic, zupełnie nic mi się nie chciało. są czasem takie wieczory, kiedy to nic się nie chce i ma się parszywe nastawienie do życia-świata. szwendając się po domu bez większego sensu i celu zaszłam do pokoju, w którym na biurku leżał film. tato lubi sobie czasem kupić jakiś film – niekoniecznie intencjonalnie i na szczęście, ponieważ dzięki temu czasem zdarza mu się przynieść do domu, poza “Misiem”, “Kapitanem Klosem” i “Czterema Pancernymi” prawdziwą perełkę…
zupełnie nie słyszałam wcześniej o tym filmie. nawet rozumem dlaczego. cóż.. wydaje mi się, że “Dziewczyna z perłą” to film, który doceni nieliczne grono odbiorców. jest chyba mało interesujący dla ludzi przyzwyczajonych do skomercjalizowanej szybkiej akcji i pokrętnych fabuł. myślę, że dla większości mógłby być po prostu nudny, ale nie dla mnie.
z odrobiną sceptycyzmu wywołanego złym nastrojem postanowiłam go obejrzeć. pomyślałam, że jednak lepsze to niż nic-nie-robienie, które dostatecznie mnie denerwowało. poszłam do swego pokoju, zawinęłam się w koc a’la naleśnik, zgasiłam światło i wsunęłam płytę do komputera. już na samym początku miłą niespodzianką była muzyka subtelnie zapowiadająca coś nadzwyczajnego, a pierwsze sceny sprawiły, że zatopiłam się w tej magicznej atmosferze bez reszty.. każda z nich zdaje się być odrębnym obrazem. wspaniałe kompozycje, światło i cień, kolory, stroje, wnętrza, pojedyncze przedmioty.. muszę przyznać, że to wszystko rewelacyjne wprowadza w nastrój XVIIwiecznych Delft, w których rozgrywa się akcja. mało wypowiada się tu słów. właściwie to obraz gra w tym filmie. najważniejsze tu są gesty i spojrzenia. to prawdziwa uczta dla miłośników malarstwa i sztuki bowiem sam film zdaje się być dziełem sztuki.
film ten nie jest, jakby się mogło wydawać, opowieścią o życiu malarza. centralną postacią jest tu 17letnia Griet, która aby pomóc rodzinie w kłopotach finansowych podejmuje pracę jako służąca i tak oto trafiła do domu malarza Jana Vermeera. to film o niezwykłej więzi mentalnej, która miała powstać pomiędzy malarzem a jego muzą – Griet. sprzątając pracownię artysty, dziewczyna miała okazję przyjrzeć się całemu warsztatowi. okazała się być spostrzegawczym i inteligentnym obserwatorem. Vermeer szybko dostrzega wrażliwość dziewczyny na piękno i kolory. w ukryciu przed domownikami wprowadza ją w tajniki sztuki. powoli rozwija się między nimi pewnego rodzaju więź, która zbudowana jest na wzajemnej fascynacji. nie jest to jednak fascynacja typowa. połączyła ich bowiem podobna wrażliwość, umiejętność głębokiego dostrzegania i poznania istoty otaczającego świata, jego piękno. ma się wrażenie, że występuje między nimi niesamowite pokrewieństwo dusz, które jednak naraża oboje na ogromne problemy. narastająca namiętność daję się odczuć w domu malarza. wyniosła i zazdrosna żona zaczyna nabierać podejrzeń. w tym samym czasie mecenas Jana Vermeera – grubiański i lubieżny Pieter Van Ruijven, zachwycony urodą Griet, zamawia u artysty portret dziewczyny. malarz postanawia w tajemnicy przed histeryczną żoną namalować ten portret. fakt ten pomaga mu ukryć teściowa, której zależy tylko na pieniądzach zarabianych na sprzedaży obrazów zięcia.
sceny przedstawiające malowanie obrazu napełnione są niebywałym erotyzmem, który nie wyraża się w typowym skupieniu na cielesności. raczej chodzi tu o umysłowe porozumienie, metafizykę, ten sam rodzaj odczuwania, uniesienia wykraczające poza ziemskie kategorie. ma się wrażenie, że to uczucie idealne. to istota namiętności, która nie odzwierciedla się w kontakcie fizycznym. to jedynie spojrzenia, rozchylone usta, rozpuszczone włosy i delikatne przypadkowe muśnięcie dłoni. bohaterowie nie szukają spełnienia w cielesnym kontakcie. celebrują tą relację między sobą na czysto duchowym poziomie. nie trzeba się domyślać, że jest to coś zabronionego, co może spowodować niebagatelne konsekwencje, które zbliżają się z każdym podejrzeniem żony malarza popadającej w coraz większą histerię. w końcu odkrywa ona prawdę o obrazie..
obraz jest wspaniały, zjawiskowy, niezwykły.. pod wpływem relacji, która wytworzyła się pomiędzy artystą i modelką powstało wybitne dzieło. wprost bije z niego ogromna zmysłowość. artysta wydobył piękno swej modelki w najczystszej postaci. żona nazywa obraz nieprzyzwoitym. w scenie kulminacyjnej pyta Vermeera dlaczego nie namaluje jej. on natomiast odpowiada, że ona po prostu nie rozumie.
Griet opuszcza dom Vermeerów. mimo, że życie raczej nie szczędzi jej rozczarowań widać, że to doświadczenie zmieniło ją. to estetyczne przeżycie było tak głębokie, że pozostawało wysoko ponad sprawami doczesnymi. perłą z obrazu Johannesa Vermeera nie jest klejnot zawieszony w uchu modelki. perłą jest dziewczyna.
nie mogę nie wspomnieć o genialnej grze aktorskiej. każda z postaci rewelacyjnie odgrywa swoją rolę. nie ma tu przerysowania, którego moglibyśmy się spodziewać po epoce baroku. najbardziej zachwyciła mnie oczywiście naturalność i autentyczność głównej bohaterki, w którą wcieliła się świetna Scarlett Johansson. również Colin Firth sprostał roli Vemreera, który zdaje się być przyćmiony odrobinę przez postać Griet, ale to nadaje mu dodatkowej aury tajemniczości i wrażliwości. podobała mi się również kreacja Toma Wilkinsona w roli Van Ruijvena, Essie Davis jako Cathariny Vermeer a także najstarszej córki Vermeera – Corlelii, którą zagrała Alakina Mann.
serdecznie polecam, bo film wart jest obejrzenia. to jeden z tych obrazów, który potrafi doskonale wprowadzić w atmosferę wydarzeń i przedstawianej rzeczywistości. opis filmu, który próbowałam stworzyć nie odzwierciedla w stu procentach jego genialności.
zastanawiałam się też, który obrazek tutaj umieścić. zdecydowałam się na zdjęcie bo jest po prostu piękne!

ppp powiedział
21 lipiec 2008 @ 1:14 pm
no dobra – namówiłaś mnie:):)teraz trzeba wykombinować film:) jak obejrze to podzielę sie wrażeniami, choć z pewnie lepiej niz Ty tego nie ujmę:)
strych powiedział
21 lipiec 2008 @ 2:00 pm
mam tylko nadzieję, że Ci si e spodoba i nie uznasz czasu spędzonego na oglądaniu za zmarnowany. do tego filmu potrzeba wolnego popołudnia lub wieczoru – tak, żeby nigdzie się nie śpieszyć.
zdaję sobie też sprawę z tego, że moje różnego rodzaju skłonności (np. do fantazjowania lub pędzli albo scen sprzed kilku epok) sprawiły, że film mnie zachwycił. nie każdy lubi podobne wrażenia. ale koniecznie napisz co sądzisz :)