tylko piaaach!

9 lipiec 2008 at 10:17 am (filozofia codzienności)

tylko piach pozostał po parapetówie na Słonecznej.

jakiś czas temu podjęliśmy poważną decyzję – wynajmujemy. tylko co? powstało pytanie. już sama myśl o wyprowadzeniu się z domu rodzinnego przyprawia mnie o jakieś takie śmieszne uczucie a co dopiero wprowadzenie się gdzieś w obce miejsce. no a trzeba jeszcze zaznaczyć, że Jasło nie ma zbyt wiele do zaoferowania w kwestii wyboru, przynajmniej jeśli chodzi o oferty krążące w tych oficjalnych źródłach. co prawda gdy wspomnę sobie ceny mieszkań w KrK to aż miło usłyszeć ile za wynajem mieszkanka w Jaśle trzeba zapłacić. no załóżmy za 40m2 (2 pokoje, kuchnia, łazienka) tyle, co w Krakowie za łóżko i to nie koniecznie w pokoju jednoosobowym, ale to i tak nie zmienia faktu, że to jednak co innego niż wyprowadzić się na studia. gdy człowiek wyprowadza się na studia to ma w perspektywie przemiłe powroty do domu co drugi tydzień, gdzie mama przyrządzi pyszne papu, wypierze (przynajmniej dawniej tak było, teraz chyba pralki na mieszkaniach studenckich są w standardzie, ale mogę się mylić), wyprasuje, pogłaska i dawaj z powrotem do mieszkania, gdzie sprząta się raz na semestr (oczywiście w czasie sesji) i gdzie nie panują takie zasady jak w zwykłym domu. zatem jakościowo to zdecydowanie co innego.

pogrzebałam więc trochę w necie i znalazłam ogłoszenie, że jest dom. patrzę na zdjęcia – całkiem interesujący. patrzę na cenę – no rewelacyjna. ale za cały dom? i to z ogrodem? nie mogłam w to uwierzyć. postanowiliśmy, że nie ma na co czekać i dzwonimy. tak, do wynajęcia, do obejrzenia itd. pojechaliśmy oglądać i już w progu wiedzieliśmy, że najbliższy rok spędzimy tam :) cudnie, dużo roślin, ogródek warzywno-owocowy i dwa orzechy: laskowy po jednej stronie, włoski (mmniam!) po drugiej. chyba elementem decydującym był jednak kominek w saloniku, od którego biło miłe ciepełko, choć wcale się w nim nie paliło. zadziałała wyobraźnia przedstawiająca jesienno-zimowe wieczory w książką albo oglądanie przy kominku em jak miłość ;) sielanka. po prostu sielanka.

podpisaliśmy umowę i od jakiegoś czasu tam urzędujemy. w spadku pozostał nam także Karol. pies właścicielki domu – mały owczarek podkarpacki (-;-) o ogonku zawiniętym w górę. początkowo byłam sceptyczna, bo mam alergię (także mentalną) na zwierzęta, ale szybko okazało się, że to miła psinka i bardzo wychowana (w niczym nie przypominająca upierdliwej i dzikiej Figi – psa, z którym, że sie tak wyrażę, drę koty w swoim domu;) więc szybko zaprzyjaźniliśmy się z Karolem. z resztą i tak Aga, która również mieszka z nami na Słonecznej, chciała jakiegoś pieska ze schroniska brać więc sprawa przygarnięcia takiej sieroty rozwiązała się sama.

jak jest dom to i parapetówka musi być. z jej organizowaniem były pewne problemy gdyż nie zrozumieliśmy się chyba do końca no i pogoda pod psem a miał być grill pod chmurką. postanowiliśmy jednak nie rezygnować z imprezy bo wszyscyśmy się już nastawili. umówiliśmy więc ludzi na 20tą żeby wszystko zdążyć przygotować.

wybiła 20ta. stanęłam więc z Cecilem pod daszkiem garażowym (siąpił deszcz) i czekamy. zaczęłam nerwowo stukac nogą. nie wiem czemu takie czekanie zawsze mnie stresuje :) patrzę na zegarek: 20:14 . czemu jeszcze nikogo nie ma? Aga z Dotą wyszły po Renię, która miała problemy z trafieniem pod właściwy adres. Misiek w tym czasie zajął się przygotowywaniem grilla. nagle dzwoni telefon. to Ślepy! nie wie jak dojechać więc wychodzę na ulicę by mu pomachać. po chwili widzę wyłaniającego się trabanta pomalowanego na czerwono-żółto-zielono :) to rasta-trabant Ślepego!a w środku on z Gosią i Karko z Natalią. “oszalałeś? przyjeżdżać samochodem..?” pytam się go, a on odpowiada, że antybiotyk bierze (jak się później okaże, szybko o tym antybiotyku zapomniał;) i dalej już sama nie wiem kto był następny. chyba Ola i Seru dotarli, czy Konop ze swą dziewczyną najpierw? nie wiem. w każdym razie powoli poczęli pojawiać się goście :) przyszła Marta, przyjechał Ziółko z żoną Basią i Basia (inna Basia niż ta z Ziółkiem) z Łukaszem i małym Hubim, którzy przywieźli też Wiedźmina. pojawił się Choster i Maso, Ulcia, Czaki, Krystian, Tumuś i na koniec załgał się Sopel, który to oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie wywinął czegoś niespodziewanego. za Soplem sznureczkiem przybyła grupka (ośmioro) osób, których nikt nie znał a i podejrzewam, ze sam Sopel ich nie znał, co nie przeszkadzało w ich zaproszeniu na imprezę :) jednak okazali się ludźmi na poziomie i zachowywali się bardzo ok. nawet chyba zamieniłam dwa zdania z jednym z nich, bo okazało się, że chłopak studiował rosyjski i nie mogłam się nadziwić i nie mogłam oderwać oczu od niego gdy tak opowiadał, aż przyszła moja kolejka do WC i rozmowa się skończyła (może to i dobrze bo byłam już po dwóch desperados i jeszcze przyszłoby mi do głowy rozmawiać z nim po rosyjsku;)

tak więc imprezka kręciła się elegancko. Cecu stacjonował przy grillu, gdzie zaczęła rozgrywać się początkowa akcja – jak to na tego typu imprezach. ponieważ wiele osób w ogóle się nie znało, początkowo odbywało się obczajanie i badanie współbiesiadników. Karko wyciągnął “kwiat jabłoni” importowany z Tarnowa, rocznik: wtorek i częstował wszystkich po kolei :) zauważyłam, że część osób wzdychała na widok trunku wspominając swe lata młodości;) dookoła także krążył mały podajnik do napoju wysokoprocentowego. krążył, krążył i tak się zakręcił i tak nakręcił całą imprezę, że nim się spostrzegłam, wszystko było poza kontrolą. rozpoczęły się hulanki i swawole do tak zacnych utworów jak “dla mnie masz stajla” ;) był także Pan Kleks a na prośbę jednego z biesiadników w roli przytulanki wystąpiła dobrze wszystkim znana piosenka Domu Żółtego, której tytułu nie pamiętam, ale leci tak: ” oł bejbe, łaj du ju trit mi lajk dyyys, oł bejbe, łaj du ju łont ewrysink from miiiii, aj kent giw ju, aj kent giw ju, aj kent giw ju uu eny mor dan miii” *

gdy akcja rozkręciła się na dobre, postanowiłam machnąć ręką na wszystko i nie przejmować choć raz skutkami. w pewnym jednak momencie Basia i Łukasz pozbierali się do powrotu więc przebrałam się w piżamę i poszłam spać do Hubiego, który chrapkał już od paru godzin w moim pokoju (umówiliśmy się, że zostanie na noc). na koniec przypomniałam jeszcze Miśkowi, że jest zaręczony, tak proforma ;) i poszłam spać. przytuliłam się do Hubiego a mały przebudził się lekko i powiedział: “nie chuchaj na mnie” ;)

obudziłam się o 9:11. a raczej Hubert się obudził więc i ja. czułam się zadziwiająco dobrze, choć miałam dużą ochotę na kawę. zlazłam z łóżka bosymi stopami i stanęłam na kupce piasku. aż bałam sie otworzyć drzwi. jednak prędzej czy później było to konieczne ponieważ Hubi chciał siku i nie dało się tego uniknąć. otworzyłam więc drzwi na korytarz i co zobaczyłam? ano tylko piaaach.. i trup ścielący się po podłodze. uśmiałam się serdecznie z moich znajomych, którzy polegli na tym polu bitwy. nastawiłam czajnik na gazie i gdy woda się zagotowała, gwizdek zaczął gwizdać i wszyscy się pobudzili. najżywiej zareagował Krystian, których jest chyba wyczulony na wrzątek ;) do kawy co rano.

sprzątanie trwało sporo czasu – zanim udało się wymieść tą całą przyniesioną z mokrego podwórka ziemię, pozmywać masę szkła, posprzątać pod orzechem. z resztą każdy wie ile sprzątania jest po tak hardcore’owych spotkaniach :) gdy udało nam się dojść ładu i ostatni goście opuścili Słoneczną około południa, zrobiliśmy sobie placki ziemniaczane za pomocą wielofunkcyjnego robota kuchennego retro pochodzącego z byłej NRD, którego dostaliśmy od taty, i który jest chyba starszy ode mnie ;) do placków był sos caciki i jajko :)

mogę więc stwierdzić, ze impreza zalicza się do tych bardziej udanych. wszyscy byli chyba zadowoleni, przynajmniej żadnych skarg nie odnotowałam:) przeżyli to jakoś bez szwanku nawet chyba nasi sąsiedzi. jedyny Karol trochę się wystraszył zniknął w nocy i wrócił dopiero na następny dzień. martwiliśmy się, że już w ogóle nie wróci, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze:)

*mogłam trochę pomylić słowa, wybaczcie;)

Napisz komentarz