witam!
czuję, jakby mnie całe wieki nie było. tydzień bez internetu wydawał się taki długi ;)
tenże właśnie tydzień trwał mój ostatni zjazd na studiach w roku akademickim 2007/2008. Kraków o tej porze roku jest nieznośny. dudnią wszelkie środki lokomocji zionąc przy tym ogromnymi ilościami spalin i tym samym dokładając do i tak ciężkiej już temperatury powietrza. asfalt zdaje się kipieć pod stopami. nagrzany kamień i mury emanują żarem. nagrzane ciała w autobusach przyklejają cię do szyb i siebie nawzajem. nagrzane precle smażą się w wózkach preclarek. nagrzany Wawel – do czerwoności. spiekota.
funkcjonowanie w takich warunkach nie jest moją najmocniejszą stroną. za to na uczelni – jakoś tak nietypowo – przyjemnie było posiedzieć. to kolejny dowód na to, że systematyczna praca przynosi wspaniałe efekty :) ale nie tylko (choć przeważnie) nauką zajmowałam się przez ostatni tydzień. chciałabym opowiedzieć o jednym takim spacerze – powrocie do domu (choć właściwiej byłoby to nazwać miejscem zakwaterowania ponieważ nazwa “dom” niezmiennie kojarzy mi się z czymś osobistym). sama nie wiem czemu ten spacer wywołał we mnie takie uczucie.. hm.. sama nie wiem jak je nazwać.. – stan nieważkości – tylko to przychodzi mi do głowy.
spotkałyśmy się z kotem o 21:20 pod Świętą Krową przy ulicy Floriańskiej. była to środa więc w knajpce było stosunkowo luźno. usiadłyśmy pod schodami na antresolę (zazwyczaj wbijamy właśnie na antresolę, ale tym razem od tego zamiaru odwiodła mnie wiedza ze szkoły podstawowej o tym, że ciepłe powietrze unosi się w górę a ja i tak wystarczająco przegrzana byłam). siadłyśmy więc pod schodami, co bardzo mi się podobało z racji, ze lubię małe i ciasne przestrzenie. typu np. szafa. gdybym wcześniej wiedziała, że w Cafe Szafe znajdującej się na rogu ulic Felicjanek i Małej są szafy do siedzenia w nich (niegramatycznie to napisałam, ale niech zostanie:) to na pewno chciałabym tam pójść. nigdy nie byłam w Cafe Szafe a o tych szafach dowiedziałam się jadąc już do Jas z książki Pana Łukasza Dębskiego (właściciela knajpki) zatytułowaną na wzór nazwy lokalu, którą to misiek kupił gdzieś okazyjnie za dychę.
siadłyśmy więc z Karo pod tymi schodami z kupionymi wcześniej napojami (ja – standardowo piwo z sokiem imbirowym, Karo tylko herbatki ziołowe). było o czym rozmawiać po długiej przerwie. posiedziałyśmy dłuższą chwilę zdając relację z ostatnich tygodni, to zagłębiając się w tematy egzystencjalne, to znów wracając do toku babsko-plotkarskiego. gdy zrobiło się wystarczająco późno, pozbierałyśmy się do opuszczenia lokalu. po wyjściu na powierzchnię okazało się, że padał deszcz. akurat przestało więc nie musiałam się złościć, że parasol został w mieszkaniu. przeszłyśmy ulicą floriańską w stronę bramy, następnie skręt w prawo i przejściem podziemnym do przystanku, gdzie zazwyczaj rozstajemy się z kotem. nadjechał jej autobus i jeszcze pomachanie na dowidzenia. drzwi się zamknęły i odjechała. ja natomiast odwróciłam się i poszłam w kierunku ulicy Lubicz. po raz pierwszy pomyślałam sobie, że to źle spacerować o tej porze po mieście w samotności. nie wiem jaki procent szans był na to, że ktoś mnie napadnie, ale tak czy siak przestało mi się to podobać, albo raczej zaczęłam być bardziej ostrożna. nie wiem. w każdym razie przyśpieszyłam kroku na ulicy Lubicz. kiedyś przemierzałam tą ulicę co najmniej dwa razy dziennie. wiele emocji wiąże się z nią. hm.. choć gdyby się zastanowić to mogłabym tak powiedzieć o wielu krakowskich ulicach, po których się włóczyłam nie zawsze w jakimś celu. ale Lubicz przoduje z urzędu. zatem idę tą ulicą i po prawej stronie mijam gmach Centrum Biurowego Lubicz, gdzie powierzchnię biurową wynajmuje (chyba wynajmuje, tak się domyślam) między innymi znienawidzona przez krakowskich studentów Capgemini. skręcam w ulicę Rakowicką i mijam panią, która po północy postanowiła wyprowadzić swego pieska. to normalna praktyka – być może w dzień było zbyt gorąco i dla pani i dla psa. ulice są nietypowo puste. tylko taksówki śmigają jedna za drugą, przewożąc z punktu A do punktu B studentów, którzy najpewniej świętują zaliczoną bądź niezaliczoną sesję. dochodzę do Lubomirskiego a stamtąd prościutko do nowo zorganizowanego Ronda Mogilskiego. z dachów kapie jeszcze jakieś wspomnienie po deszczu. wiem, że już dawno zlikwidowali tymczasowe przejście dla pieszych namalowane żółtą farbą, ale tak bardzo nie lubię przechodzić podziemnymi przejściami, że postanawiam złamać przepisy. z resztą.. i tak nic nie jedzie. śmigam więc sobie w mych miękkich butach przez ten nocny Kraków. mijam punkt ksero i chińską knajpkę, w której w dzień barmanką i kelnerką zarazem jest dziewczyna o zjawiskowej urodzie. mijam kiosk ruchu i skręcam w aleję płk. W. Bieliny-Prażmowskiego. tam myk – na drugą stronę i tam zaraz w lewo skręt na Brodowicza. bardzo ruchliwa ta ulica Brodowicza. lepiej jest mieszkać gdzieś, gdzie samochody nie wjeżdżają i gdzie nie słychać huku i pisków autobusów. jednak jest tam coś fajnego, mianowicie coś tam ładnie pachnie. domyślam się, że to drzewa – oczywiście nie wiem jakiego gatunku ponieważ już na pierwszym roku okazało się, że ogrodnik ze mnie marny;) w każdym razie pięknie pachnie. bardzo intensywnie. to sama przyjemność iść ulicą, na której coś ładnie pachnie :)
hm. i to koniec opowieści o moim nocnym spacerze, który wprowadził mnie w stan, którego nie umiem określić :)
kot powiedział
3 lipiec 2008 @ 6:25 pm
rewelka:)))))
(…nie tylko przez studentow, absolwentow tez:)…)
kot powiedział
3 lipiec 2008 @ 6:26 pm
ps. przepadam za takimi leniwymi opowieściami!
strych powiedział
3 lipiec 2008 @ 7:25 pm
kici kici, napisz własną wersję – od drugiej strony – powrotu do domu. chce Ci się? opublikujemy ;)
Гриша powiedział
4 lipiec 2008 @ 6:21 am
podobało mi się:)
uwielbiam Kraków i nocne spacery jego uliczkami zwłaszcza w miłym stanie świadomości w jaki wprowadza mnie wypicie jednego litra napoju gazowanego produkowanego na bazie jęczmienia i chmielu:)
Lepiej jednak spacerować jest we dwoje, zawsze to raźniej i przede wszystkim bezpieczniej!
Dlatego zwracam sie z uprzejmą prośbą o większą ilość podobnych opowiadań i proszę o pozytywne jej rozpatrzenie:)
strych powiedział
4 lipiec 2008 @ 6:54 am
oczywiście, że pozytywnie rozpatrzam! ;) choć to oczywiście zależy dużo od tak zwanej weny czy muzy czy kogo tam jeszcze;)
we dwoje oczywiście, że lepiej, ale wtedy trudniej o taki efekt. myślę, że gdybym nie szła sama wtedy to nawet by mi do głowy nie przyszło o tym pisać, a co za tym idzie – koncentrować się na samym akcie spaceru :) coś za coś :)
kot powiedział
4 lipiec 2008 @ 7:57 am
dobra!
ale bez przegięcia, to Twój blog :)
strych powiedział
4 lipiec 2008 @ 8:01 am
nie stresuj się! na strychu dużo miejsca dla przyjaciół :) nikt nie powiedział, ze na tym blogu muszą być same moje filozofie, nie? :)
widzę, że mój poprzedni komentarz jest bardzo “oczywisty” ;) chyba zacznę czytać dwa razy zanim coś dodam ;)
Przemo powiedział
5 lipiec 2008 @ 5:23 pm
Oooo. Bardzo fajnie się czyta. Bardzo literacki opis rozgrzanego Krakowa. Przy najbliższej okazji odwiedzę Cafe Szafe. Tak, opowieść naprawdę ładna :) Będę zaglądał po więcej :)