once

30 lipiec 2008 at 1:47 pm (filozofia codzienności)

on był urodzonym muzykiem, ona też; on zarabiał na życie grając na ulicach Dublinu, ona sprzedawała tam kwiatki; on był Irlandczykiem, ona emigrantką z Czech; jego zdradziła dziewczyna, a ona zostawiła swojego męża w Czechach. słowem: dwoje chyba raczej samotnych ludzi, którzy nie bardzo potrafią odnaleźć się w realiach ich własnej rzeczywistości. są chyba też trochę nieszczęśliwi i mają nadzieję na odmianę losu.

nie mają imion co utrudnia nieco pisanie o nich. jednak spróbuję.

coś znów niesamowitego i znów urzekającego. relacja dwóch osób na duchowym poziomie. trochę opowiem o tym filmie, ale bez obaw.. nawet jeśli zdradzę najciekawsze wątki to i tak warto obejrzeć bo założę się, że nikt się nie zawiedzie.

chwilowo jestem samotna więc na wieczór zawijam papiloty na głowę, siadam na łóżku w piżamie w paski, kroję spory kawał sernika i parzę herbatę z gruszki i melisy. dwa dni temu nie miałam nastroju na ambitne filmy więc obejrzałam prosty i lekki “What happens in Vegas”. przy takim filmie można śmiało wyłączyć myślenie i pogrążyć się w słodkiej bezrefleksyjności przez kilkadziesiąt minut, podziwiając jędrne ciało Cameron Diaz oraz zabójczy uśmiech Ashtona Kutchera . nie da się jednak o kinie tego typu nic napisać bo po prostu niewiele się z niego wynosi. takie filmy mają spełniać funkcję odmóżdżacza. po prostu se go oglądasz i tyle. na tym kończy się przygoda z tym kinem.

jednak to, co obejrzałam wczoraj głęboko mnie wzruszyło. być może ta aura muzykowania tak mnie oczarowała. w pewnym sensie – na pewno. i prostota i klimat irlandzki z tym śmiesznym akcentem i naturalność. w tym filmie nie zdarzają się cuda. to po prostu historia o ludziach i o życiu.

facet gra na ulicy. za dnia jakieś popularne kawałki a wieczorem pozwala sobie na śpiewanie swoich. z jego utworów płynie szczera tęsknota za kimś i tą tęsknotę bezbłędnie umiała odgadnąć ona – zafascynowana jego graniem. ale to nie jest takie zafascynowanie, jakie moglibyśmy sobie wyobrażać. nie rzuca mu się na szyję, nie wyznaje miłości.. podchodzi i wrzuca do futerału 10 centów. rozpoczyna się rozmowa (tylko 10 centów? pyta on) ona dowiaduje się, że on zajmuje się… naprawianiem odkurzaczy u swego ojca. tak się składa, że ona akurat ma zepsuty odkurzacz :) na następny dzień przychodzi do niego ciągnąc za sobą ten zepsuty odkrzacz. idą na jakieś jedzenie w trakcie którego on dowiaduje się, że ona tez gra – na pianinie, ale nie ma pianina w domu bo jej nie stać. proponuje mu, że pójdą do sklepu muzycznego, gdzie właściciel pozwala jej czasem grać. idą więc tam (ciągnąc za sobą odkurzacz) i zaczyna grać. później prosi go, żeby zagrał coś swojego. on – niechętnie – zgadza się w końcu i zaczyna.. ona akompaniuje mu na pianinie i od tego momentu po prostu się rozpłynęłam…

genialne wykonanie piosenki na dwa głosy z gitarą i pianinem. każdy, po prostu każdy powinien to usłyszeć! muzyka z tego filmu jest rozwalająca.

ta właśnie zaczyna się głęboka, choć bardzo krótka znajomość tych dwojga.

każde z nich jest chyba na jakimś życiowym zakręcie. z pewnym bagażem doświadczeń nie bardzo mają pojęcie co ze sobą zrobić. on chce wyjechać do Londyn, tęskni za swoją dziewczyną, nie chce także przecież spędzić całego życia na naprawianiu odkurzaczy; ona chciałaby aby jej kilkuletnia córka wychowywała się z ojcem jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że nie będzie z nim szczęśliwa. w tej całej życiowej malignie pewną odskocznią jest muzyka. spotykają się na ulicy i on mówi jej, że w poniedziałek wyjeżdża, ale zanim to zrobi chce nagrać kilka kawałków w studio i chce też by ona mu towarzyszyła. ona oczywiście się cieszy bo przecież tak bardzo podoba się jej jak on śpiewa.

udaje im się dostać kredyt, werbują pozostałą część załogi wśród ulicznych grajków, wchodzą do studia i … rozpływ numer dwa… po prostu ciarki po plecach biegły mi tam i z powrotem. ten fragment filmu puściłam sobie trzy razy pod rząd.

w filmie główne role zagrali muzycy: Glen Hansard (poprawka;) i młodziutka Marketa Irglova. to, co zaprezentowali w tym filmie muzycznie jest na na prawdę wysokim poziomie.

niestety.. on faktycznie wyjeżdża, ona zostaje w Dublinie – przyjeżdża do niej mąż. każde z nich idzie w swoją stronę. inny scenariusz nie miałby tu racji bytu (jak się fajnie napisało:) takie jest życie, nie? każdy ma swoją historię, każdy inne zadanie do spełnienia. chodzi jednak o to, że czasami spotykają się takie dwie osoby, które są sobie przeznaczone.. ale życie nie pozwala na spełnienie tego przeznaczenia. po prostu nie mogliby być razem – to niewykonalne. i każdy się z tym zgodzi. konflikt tragiczny? pewnie tak.. ale takie właśnie jest życie.

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy

próby

30 lipiec 2008 at 7:24 am (tawerna)

prawie już zapomniałam co tak bardzo pociągało mnie w tym surowym, syntetycznym, architektonicznym rysowaniu. zawsze trochę miotałam się pomiędzy moimi naturalnymi skłonnościami do plam i miękkich zawijasów a ostrą i tnącą kreską szrafu i przedstawianiem świata za pomocą brył. to był duży konflikt wewnętrzny. poza tym byłam kiepska. i w jednym i w drugim. jakoś nie mogłam się zdecydować. wczoraj przypomniałam sobie o tym rysowaniu i ogarnęła mnie nieodparta potrzeba. teraz już nie mam takiego ciśnienia jak kiedyś, bo nie planuję zdawać na kolejne studia, ale to właśnie dobrze. jak już pisałam – moje rysowanie ma sie o wiele lepiej odkąd zaprzestałam myśleć o robieniu tego zawodowo :)

ręka się zastała i ciężko, oj ciężko było wykrzesać z niej prostą kreskę zatem na początek coś małego. mój kwiatek do przytrzymywania paperu ( nie wiem jak on – ten przyrząd – się coś się fachowo nazywa :)

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

bach!

29 lipiec 2008 at 10:51 am (tawerna)

latało mi to-to nad uchem więc ją bach! .. zeszytem. sorry, noł bonus ;)

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

ludzie #2

29 lipiec 2008 at 9:58 am (filozofia codzienności)

nie lubię zdjęć. nienawidzę oglądania zdjęć. już kiedyś pisałam o tym, przy okazji końca roku. to, o czym chce teraz napisać, można rozpatrywać na wielu różnych płaszczyznach. tym razem chcę się skupić na tym właśnie sensie przemijania..

na zdjęciach są ludzie, zdarzenia i emocje z przeszłości..

toczy się życie, mijają dni, tygodnie, lata… szkoła podstawowa: małe dziewczynki marzą o chodzeniu na randki, chłopcy o szybkich samochodach; szkoła średnia: pierwsze miłości i plany na studia, formowanie się pojęcia o wyobrażeniu; studia: krystalizacja światopoglądu, przygotowywanie do “dorosłego” życia, pierwsze dostrzeganie swoich błędów.. tak to było u mnie.

oglądam się w tył i widzę siebie w tych wszystkich sytuacjach. nie chodzi mi o to, ze coś chciałabym zmienić w tej przeszłości. chodzi o to, że pewne rzeczy już za mną..

spotkałam ostatnio przyjaciółkę gdzieś na mieście. chodziłyśmy razem do podstawówki. właściwie to razem się wychowywałyśmy. wszystko, wszystko razem. po ósmej klasie drogi się rozeszły i wtedy to było dla mnie takie naturalne. tak więc spotkałyśmy się ostatnio przypadkiem na mieście i powiedziała mi na przywitanie: “o rety! prawie Cię nie poznałam”…

taki lajf. wiem. ale rusza mnie to jakoś szczególnie.

chyba lubię po prostu mieć stałe punkty w życiu. to jest coś, co daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. chyba każdy człowiek potrzebuje stabilizacji. tylko dlaczego to życie skonstruowane jest tak, że ciągle się zmienia, nawet jeśli nie widać tego na pierwszy rzut oka..

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

dziewczyna z perłą

21 lipiec 2008 at 10:11 am (filozofia codzienności)

ten wieczór był raczej zimny i na pewno deszczowy, kilka lat temu. dokładnie nie pamiętam kiedy, ale podejrzewam, że jakiś listopad. nic, zupełnie nic mi się nie chciało. są czasem takie wieczory, kiedy to nic się nie chce i ma się parszywe nastawienie do życia-świata. szwendając się po domu bez większego sensu i celu zaszłam do pokoju, w którym na biurku leżał film. tato lubi sobie czasem kupić jakiś film – niekoniecznie intencjonalnie i na szczęście, ponieważ dzięki temu czasem zdarza mu się przynieść do domu, poza “Misiem”, “Kapitanem Klosem” i “Czterema Pancernymi” prawdziwą perełkę…

zupełnie nie słyszałam wcześniej o tym filmie. nawet rozumem dlaczego. cóż.. wydaje mi się, że “Dziewczyna z perłą” to film, który doceni nieliczne grono odbiorców. jest chyba mało interesujący dla ludzi przyzwyczajonych do skomercjalizowanej szybkiej akcji i pokrętnych fabuł. myślę, że dla większości mógłby być po prostu nudny, ale nie dla mnie.

z odrobiną sceptycyzmu wywołanego złym nastrojem postanowiłam go obejrzeć. pomyślałam, że jednak lepsze to niż nic-nie-robienie, które dostatecznie mnie denerwowało. poszłam do swego pokoju, zawinęłam się w koc a’la naleśnik, zgasiłam światło i wsunęłam płytę do komputera. już na samym początku miłą niespodzianką była muzyka subtelnie zapowiadająca coś nadzwyczajnego, a pierwsze sceny sprawiły, że zatopiłam się w tej magicznej atmosferze bez reszty.. każda z nich zdaje się być odrębnym obrazem. wspaniałe kompozycje, światło i cień, kolory, stroje, wnętrza, pojedyncze przedmioty.. muszę przyznać, że to wszystko rewelacyjne wprowadza w nastrój XVIIwiecznych Delft, w których rozgrywa się akcja. mało wypowiada się tu słów. właściwie to obraz gra w tym filmie. najważniejsze tu są gesty i spojrzenia. to prawdziwa uczta dla miłośników malarstwa i sztuki bowiem sam film zdaje się być dziełem sztuki.

film ten nie jest, jakby się mogło wydawać, opowieścią o życiu malarza. centralną postacią jest tu 17letnia Griet, która aby pomóc rodzinie w kłopotach finansowych podejmuje pracę jako służąca i tak oto trafiła do domu malarza Jana Vermeera. to film o niezwykłej więzi mentalnej, która miała powstać pomiędzy malarzem a jego muzą – Griet. sprzątając pracownię artysty, dziewczyna miała okazję przyjrzeć się całemu warsztatowi. okazała się być spostrzegawczym i inteligentnym obserwatorem. Vermeer szybko dostrzega wrażliwość dziewczyny na piękno i kolory. w ukryciu przed domownikami wprowadza ją w tajniki sztuki. powoli rozwija się między nimi pewnego rodzaju więź, która zbudowana jest na wzajemnej fascynacji. nie jest to jednak fascynacja typowa. połączyła ich bowiem podobna wrażliwość, umiejętność głębokiego dostrzegania i poznania istoty otaczającego świata, jego piękno. ma się wrażenie, że występuje między nimi niesamowite pokrewieństwo dusz, które jednak naraża oboje na ogromne problemy. narastająca namiętność daję się odczuć w domu malarza. wyniosła i zazdrosna żona zaczyna nabierać podejrzeń. w tym samym czasie mecenas Jana Vermeera – grubiański i lubieżny Pieter Van Ruijven, zachwycony urodą Griet, zamawia u artysty portret dziewczyny. malarz postanawia w tajemnicy przed histeryczną żoną namalować ten portret. fakt ten pomaga mu ukryć teściowa, której zależy tylko na pieniądzach zarabianych na sprzedaży obrazów zięcia.

sceny przedstawiające malowanie obrazu napełnione są niebywałym erotyzmem, który nie wyraża się w typowym skupieniu na cielesności. raczej chodzi tu o umysłowe porozumienie, metafizykę, ten sam rodzaj odczuwania, uniesienia wykraczające poza ziemskie kategorie. ma się wrażenie, że to uczucie idealne. to istota namiętności, która nie odzwierciedla się w kontakcie fizycznym. to jedynie spojrzenia, rozchylone usta, rozpuszczone włosy i delikatne przypadkowe muśnięcie dłoni. bohaterowie nie szukają spełnienia w cielesnym kontakcie. celebrują tą relację między sobą na czysto duchowym poziomie. nie trzeba się domyślać, że jest to coś zabronionego, co może spowodować niebagatelne konsekwencje, które zbliżają się z każdym podejrzeniem żony malarza popadającej w coraz większą histerię. w końcu odkrywa ona prawdę o obrazie..

obraz jest wspaniały, zjawiskowy, niezwykły.. pod wpływem relacji, która wytworzyła się pomiędzy artystą i modelką powstało wybitne dzieło. wprost bije z niego ogromna zmysłowość. artysta wydobył piękno swej modelki w najczystszej postaci. żona nazywa obraz nieprzyzwoitym. w scenie kulminacyjnej pyta Vermeera dlaczego nie namaluje jej. on natomiast odpowiada, że ona po prostu nie rozumie.

Griet opuszcza dom Vermeerów. mimo, że życie raczej nie szczędzi jej rozczarowań widać, że to doświadczenie zmieniło ją. to estetyczne przeżycie było tak głębokie, że pozostawało wysoko ponad sprawami doczesnymi. perłą z obrazu Johannesa Vermeera nie jest klejnot zawieszony w uchu modelki. perłą jest dziewczyna.

nie mogę nie wspomnieć o genialnej grze aktorskiej. każda z postaci rewelacyjnie odgrywa swoją rolę. nie ma tu przerysowania, którego moglibyśmy się spodziewać po epoce baroku. najbardziej zachwyciła mnie oczywiście naturalność i autentyczność głównej bohaterki, w którą wcieliła się świetna Scarlett Johansson. również Colin Firth sprostał roli Vemreera, który zdaje się być przyćmiony odrobinę przez postać Griet, ale to nadaje mu dodatkowej aury tajemniczości i wrażliwości. podobała mi się również kreacja Toma Wilkinsona w roli Van Ruijvena, Essie Davis jako Cathariny Vermeer a także najstarszej córki Vermeera – Corlelii, którą zagrała Alakina Mann.

serdecznie polecam, bo film wart jest obejrzenia. to jeden z tych obrazów, który potrafi doskonale wprowadzić w atmosferę wydarzeń i przedstawianej rzeczywistości. opis filmu, który próbowałam stworzyć nie odzwierciedla w stu procentach jego genialności.

zastanawiałam się też, który obrazek tutaj umieścić. zdecydowałam się na zdjęcie bo jest po prostu piękne!

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

Next page »