wypadek motocyklisty
Prawdopodobnie zbyt szybka jazda była przyczyną wypadku, do którego doszło wczoraj po południu w Jaśle na ul. Jana z Dukli. 21-letni motocyklista stracił panowanie nad pojazdem i przewrócił się na jezdnię tak nieszczęśliwie, że wpadł pod koła samochodu, który nadjechał z naprzeciwka, a potem jeszcze w słupek od znaku drogowego.
Młody człowiek w ciężkim stanie przewieziony został do szpitala. Ma uraz głowy i kręgosłupa. Policja przeprowadzi dochodzenie, w toku którego wyjaśnione zostaną przyczyny wypadku. Tuż po zdarzeniu na alkomacie został zbadany kierowca samochodu, volkswagena passata. Okazało sie, że był trzeźwy.
(źródło: jasło4u )
***
tydzień temu dowiedziałam się o wypadku kolegi. to był wstrząs. takie sytuacje zawsze wiążą się z ogromnym szokiem. nie mogliśmy uwierzyć, że przytrafiło się to naszemu koledze. chłopakowi, z którym wiązały się wspomnienia z podstawówki, wakacyjne wspinanie się na wierzby nad rzeką i ogniska. nie mogliśmy uwierzyć, że to się stało, choć wszyscy wiedzieliśmy, że Sabek jeździł jak wariat.
pod policyjną notatką, która pojawiła się na jasielskim portalu jest 123 komentarze. opinie dzielą się na tych, którzy współczują i tych, którzy mówią “dobrze mu tak, zasłużył na to”. rozumiem zdenerwowanie ludzi. w końcu mógł zabić kogoś zupełnie przypadkowego. na szczęście nic takiego się nie stało, ale żal z serca nie znika. trudniej przyjmuje się takie wiadomości, gdy sprawa dotyczy kogoś znajomego. już nigdy chyba nie przejdzie mi przez gardło zwrot “dawca organów”.
przez tydzień żyliśmy w jakimś takim oczekiwaniu. Sebastian w śpiączce. ktoś powiedział, że rusza palcami. ktoś inny, że śmierć mózgowa. czekanie wydawało się nie mieć końca. byliśmy na mszy w szpitalu, rozmawialiśmy o tym przy weekendowych grillach i spotkaniach. patrzyliśmy na siebie ze smutnymi minami, wyginaliśmy usta w żałosnym uśmiechu, zawieszaliśmy wzrok, wzdychaliśmy ciężko, spuszczaliśmy głowy. przerażający był widok rodziny w tym oczekiwaniu. nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, co przeżywają. wszyscy byliśmy w ogromnym żalu więc co dopiero matka z ojcem, siostra, jego dziewczyna…
wczoraj rano dostałam smsa ” Sabek zmarł…”
więc to już koniec. taki miał los zapisany. teraz będziemy musieli sobie z tym poradzić. racjonalizujemy, że lepiej, że sam.. że rodzina nie musiała podejmować decyzji o jego odłączeniu. że takie jest życie i jego cel, że na końcu śmierć. nie możemy się tylko pogodzić z tym, że koniec Sebastiana był taki wczesny, że młody zdrowy chłopak już nie żyje..
tak, zawsze trudniej uwierzyć i przeżyć śmierć kogoś, kogo znamy. teraz już nie ważne jest, że to była jego wina. on już nie żyje.
zawieszam się jakoś bardziej niż zazwyczaj. patrzę na chmury i myślę sobie.. takie właśnie jest życie. i że na to jedno chyba nigdy, przenigdy nie będę gotowa…
ppp powiedział
5 maj 2008 @ 9:35 am
[*][*][*][*][*][*][*][*]
kiedyś zginął mój kolega z podstawówki, rozjechał! go gość tirem, gdy wracał do domu ze szkoły….mienęło tyle lat, a ja wciąż mam go przed oczami…
trzymaj sie ciepło
strych powiedział
5 maj 2008 @ 10:49 am
“minęło tyle lat, a ja wciąż mam go przed oczami…”
i to jest sedno sprawy. w myśl mojej religii to nie jest koniec tylko etap. ten etap mają za sobą i żyją sobie dalej gdzieś tam w chmurach czy cokolwiek czekając na resztę ludzi, którzy niechybnie do nich dołączą by żyć wiecznie. takie myślenie nieco koi rozżaloną głowę. ale my jednak tu zostaliśmy i to my zostajemy z tym żalem. stąd po wielu latach mamy przed oczami osoby, które odchodzą. i tak jak mówię.. musimy sobie z tym poradzić, choć śmierć to jedno z najtrudniejszych życiowych doświadczeń.
ppp powiedział
5 maj 2008 @ 11:10 am
nie tyle boimy się swojej śmierci ile śmierci najbliższych….przynajmniej dla mnie nie istnieje rzecz, która napawa mnie większym przerażeniem…..
nie potrafie wyobrazić sobie śmierci rodziców, babci, rodzeństwa, znajomych….masz racje, na to nigdy sie nie jest gotowym….bo jak można sie pożegnac na zawsze??
apropo żegnania się z bliskimi…polecam książkę “Czasami wołam w niebo”"…miażdżąca
strych powiedział
5 maj 2008 @ 12:30 pm
o tym samym właśnie dziś rozmyślam. śmierć najbliższych. eh eh, nie ważne ile człowiek lat by żył, to zawsze boli najbardziej. a książkę właśnie kupiłam i zaraz wyślę przelew..
Przemo powiedział
7 maj 2008 @ 8:44 pm
Kilka lat temu straciłem w ten sposób kolegę (też Sebastian). Wypadł z zakrętu i uderzył w słup linii wysokiego napięcia. Obecnie moja najbliższa przyjaciółka planuje zakup ścigacza. Boję się braku wyobraźni.
strych powiedział
8 maj 2008 @ 9:45 am
o tak, brak wyobraźni to powód wielu nieszczęść. ciekawi mnie jedno: kiedyś słyszałam, że takie ekstremalne zachowania (wraz z uprawianiem sportów ekstremalnych: skoki z bandżi, spadochronem, wspinaczka, szybka jazda) to zachowania autoagresywne – bardzo ryzykowne – przecież człowiek musi zdawać sobie sprawę z zagrożenia, no nie? więc gdyby grzebać bardziej to czego byśmy się doszukali? rodzaj nieuświadomionego samobójstwa?