portret cudeńko mua! ;*

24 maj 2008 at 12:36 pm (filozofia codzienności, tawerna)

napracowałam się. to pierwszy tego typu portret, jaki kiedykolwiek namalowałam. właściwie pierwszy portret malowany. zawsze przecież tylko rysuję.

niestety nie udało mi się pyknąć fotki, która odzwierciedlałaby w 100% efekt – nie jestem najlepszym (albo może cierpliwym) fotografem. pozwólcie zatem, że odrobinę opiszę to cacko. otóż… ;) ten rewelacyjny efekt osiągnęłam za pomocą minimalnego nakładu środków: antyramy o wymiarach 20×25 cm, czarnego reliefu i jednakowoż czarnej farby do szkła. no i oczywiście szablon + mała dawka talentu do portretów (mojego, że tak nieskromnie zaznaczę;) acha! no i jeszcze po prostu niezły pomysł (też się liczy). muszę przyznać, że to poniekąd inspiracja andy warhol’em. jak widać na załączonym zdjęciu, efekt pracy zaznacza się w grze światła. wypukły i plastyczny relief pozwala na migotanie refleksów w zależności od pogody, nastroju czy czego tam jeszcze. uderzająca wrażeniowość :) przedstawienie twarzy w czarno-biały sposób pozwala uchwycić najdrobniejsze szczegóły charakterystyki oraz wydobyć 100% głębi. światłocień idealny. ach ach! do tego równowaga pomiędzy czernią a bielą – niezmącona niczym kompozycja. na koniec moje ulubione falisto-opływowe kształty. panta rhei rzec by się chciało.. :)

uczucia związane z tym malunkiem przywołują mi na myśl pewne skojarzenie. otóż Pan Jurek Pilch w spisie swych opowiadań pod tytułem “Moje pierwsze samobójstwo” zamieścił historię zatytułowaną “Sobowtór zięcia Tołstoja”. w tejże historii znalazł się fragment o tym, jak ojciec zamówił u majstra Sztwiertni stolik do gry w szachy. a…

Powszechnie było wiadomo, że majster Sztwiertnia jest oszalałym erotomanem i każdą rozmowę, zdanie i sytuację weksluje w ulubionym kierunku (…) majster, wykorzystując swe niebywałe talenty, wszędzie, gdzie się dało, zostawiał znaki swej obsesji. Sztwiertnia miał złote ręce, potrafił zrobić praktycznie wszystko, wszelkim rzemiosłem i wszelką sztuką się parał, grał na licznych instrumentach, świetnie też rysował i malował. I było wiadomo, że jak się u Sztwiertni obstaluje na przykład szafę, będzie to szafa lekko przebijająca pięknem i solidnością wszystkie kalwaryjskie, gdańskie i inne szafy świata; ale było też wiadomo, że gdzieś w jej zakamarkach Mistrz – niczym autorską sygnaturę – skryje kłopotliwy szczegół, wyuzdany ornament, sprośny detal. I nie będzie to machnięta stolarskim ołówkiem jakaś goła dupa z ogromnym cycem. Skąd! Majster dawał perfekcyjne mitologiczne sceny, tycjanowskie akty, rubensowskie kształty; był realistyczny jak Ingres, zmysłowy jak Renoir, perwersyjny jak Manet i wyrazisty, a zwłaszcza nieusuwalny, jak japoński drzeworyt. Nie trzeba dodawać, że wzorem dawnych mistrzów Sztwiertnia często swoim aktom nadawał dobrze wszystkim z sąsiedztwa znane twarze. Najgłośniejsze było wyobrażenie muskularnego satyra z głową księdza Kalinowskiego, obejmującego nagusieńką nimfę z zastygłą w spazmie zupełnego zatracenia twarzą Ryfki Deresewicz – olej na desce. Deską był spód ogromnego stołu biesiadnego zamówionego przez parafię do Domu Zborowego na pamiątkę założenia naszego kościoła (…) Pod koniec sierpnia majster Sztwiertnia pojawił się z gotowym cudem pod pachą. Postawił go ostrożnie na naszym wyłożonym polnymi kamieniami podwórzu i jął odwijać z licznych warstw “Trybuny Robotniczej” (…) A potem zaczęliśmy dotykać, sprawdzać, wsuwać i wysuwać szufladę, liczyć pola; badać, jaki szachownica ma pod kątem połysk. I coraz sumienniej oglądaliśmy arcydzieło majstra Sztwiertni, coraz uważniej śledziliśmy załomy, uskoki i perspektywy, i potem już przestaliśmy udawać, że oglądamy dla piękna konstrukcji, dla barwy, dla gry świateł. Coraz niecierpliwiej i całkiem otwarcie i – tak jest – bezwstydnie badaliśmy centymetr po centymetrze w poszukiwaniu pieczęci miłosnej, która na przedmiocie tak perwersyjnym – nieskończenie perwersyjna być musiała (…) I nigdzie nic nie było i spoglądaliśmy z niepewnością na majstra, który stał opodal i palił extra mocne (…) i jak dopalił, pokręcił przecząco głową ipowiedział: – Niczego nie ma; ten stolik to jest dymanie samo w sobie.

tylko ciiii.. bo to niespodzianka ten portret ;)

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy

dziś

21 maj 2008 at 7:27 am (filozofia codzienności)

a fu a fu a fee!! taki mam dziś nastrój :/

chętnie wsunęłabym trzy gałki lodów jogurtowych, zapiekankę, hamburgera z Halagardy, czipsy paprykowe (duże) i popiła gorącą czekoladą z bitą śmietaną. nie wiem czemu utarło się, że kobiety złu humor muszą przegryźć ekstremalną dawką chamskiego jadła w połączeniu wybuchowym. na szczęście nie mam możliwości zjedzenia tego wszystkiego, co wpłynie akurat korzystnie na nie-rozwój tego wałeczka wokół talii zwanego modnie “oponką”.

wiem nawet czym to spowodowane. to nie mokra pogoda. nawet nie to, że jakoś mi dzisiaj zimno. nie wstałam też z łóżka lewą nogą. to po prostu PSM. istny koszmar, to napięcie co się zowie!

i niech znajdzie się taki mądry, który powie co z tym zrobić. albo lepiej niech się nie znajduje, lepiej mi niech dziś nie wchodzi w drogę.

aaargh!

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

dom

20 maj 2008 at 1:47 pm (nocnik)

nowy dom. miałam się przeprowadzić. wejście do tego domu było ogromne – niczym kościelna brama. zaraz za drzwiami wznosiły się szerokie drewniane schody z drewnianą przepięknie secesyjną balustradą. wszędzie było drewno, ciepłe rude kolory. dom otoczony był gęstym ogrodem. coś ładnie pachniało. wyjrzałam przez okno jednego z trzech pokoi i to było takie piękne. tak, jakbym patrzyła na jakiś niesamowicie cudowny obraz. otaczała mnie aura niesamowitości. wiedziałam, że to najpiękniejszy dom świata, mój dom.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

czasami wołam w niebo

20 maj 2008 at 1:40 pm (filozofia codzienności)

przeczytałam.

faktycznie wstrząsająca. czasem, gdy uświadamiam sobie ile takich historii dzieje się wokół, to ciarki po plecach przechodzą. ile niebezpieczeństw czyha na człowieka za każdym rogiem. czasami sami się o nie prosimy, czasami to one nas dopadają.

przeżyłam tą książkę tak, jakbym była tam obecna. być może ta pamiętnikowa forma, te listy do i od przyjaciół sprawiły, że zdałam sobie sprawę z tego, że to mogła być moja znajoma, moja siostra, to mogłam być ja.

no i taka refleksja: tak rzadko myślimy o śmierci. to przychodzi dopiero z wiekiem. taka domena młodości, nikt nie zastanawia się nad końcem. kiedy przychodzi ta pierwsza refleksja? znajomy psycholog powiedział mi kiedyś, że w życiu nastaje taki moment, gdy człowieka dosięga ta myśl : “nie jestem nieśmiertelny”.

ostatnio zastanawiam się co będzie ze mną? tak po prostu – co mnie czeka w życiu? i dalej: co jest najważniejsze dla mnie? do czego dążę? czy przypadkiem nie koncentruję się zbytnio na mało ważnych, z punktu widzenia wieczności, sprawach? no i co z tą wiecznością? no właśnie.. co z tą wiecznością? …

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

szacher macher po cichu :D

19 maj 2008 at 6:44 am (filozofia codzienności) (, , )

a Kapela ze wsi Warszawa daje radę! :D

matthew

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

Next page »