portret cudeńko mua! ;*
napracowałam się. to pierwszy tego typu portret, jaki kiedykolwiek namalowałam. właściwie pierwszy portret malowany. zawsze przecież tylko rysuję.
niestety nie udało mi się pyknąć fotki, która odzwierciedlałaby w 100% efekt – nie jestem najlepszym (albo może cierpliwym) fotografem. pozwólcie zatem, że odrobinę opiszę to cacko. otóż… ;) ten rewelacyjny efekt osiągnęłam za pomocą minimalnego nakładu środków: antyramy o wymiarach 20×25 cm, czarnego reliefu i jednakowoż czarnej farby do szkła. no i oczywiście szablon + mała dawka talentu do portretów (mojego, że tak nieskromnie zaznaczę;) acha! no i jeszcze po prostu niezły pomysł (też się liczy). muszę przyznać, że to poniekąd inspiracja andy warhol’em. jak widać na załączonym zdjęciu, efekt pracy zaznacza się w grze światła. wypukły i plastyczny relief pozwala na migotanie refleksów w zależności od pogody, nastroju czy czego tam jeszcze. uderzająca wrażeniowość :) przedstawienie twarzy w czarno-biały sposób pozwala uchwycić najdrobniejsze szczegóły charakterystyki oraz wydobyć 100% głębi. światłocień idealny. ach ach! do tego równowaga pomiędzy czernią a bielą – niezmącona niczym kompozycja. na koniec moje ulubione falisto-opływowe kształty. panta rhei rzec by się chciało.. :)
uczucia związane z tym malunkiem przywołują mi na myśl pewne skojarzenie. otóż Pan Jurek Pilch w spisie swych opowiadań pod tytułem “Moje pierwsze samobójstwo” zamieścił historię zatytułowaną “Sobowtór zięcia Tołstoja”. w tejże historii znalazł się fragment o tym, jak ojciec zamówił u majstra Sztwiertni stolik do gry w szachy. a…
Powszechnie było wiadomo, że majster Sztwiertnia jest oszalałym erotomanem i każdą rozmowę, zdanie i sytuację weksluje w ulubionym kierunku (…) majster, wykorzystując swe niebywałe talenty, wszędzie, gdzie się dało, zostawiał znaki swej obsesji. Sztwiertnia miał złote ręce, potrafił zrobić praktycznie wszystko, wszelkim rzemiosłem i wszelką sztuką się parał, grał na licznych instrumentach, świetnie też rysował i malował. I było wiadomo, że jak się u Sztwiertni obstaluje na przykład szafę, będzie to szafa lekko przebijająca pięknem i solidnością wszystkie kalwaryjskie, gdańskie i inne szafy świata; ale było też wiadomo, że gdzieś w jej zakamarkach Mistrz – niczym autorską sygnaturę – skryje kłopotliwy szczegół, wyuzdany ornament, sprośny detal. I nie będzie to machnięta stolarskim ołówkiem jakaś goła dupa z ogromnym cycem. Skąd! Majster dawał perfekcyjne mitologiczne sceny, tycjanowskie akty, rubensowskie kształty; był realistyczny jak Ingres, zmysłowy jak Renoir, perwersyjny jak Manet i wyrazisty, a zwłaszcza nieusuwalny, jak japoński drzeworyt. Nie trzeba dodawać, że wzorem dawnych mistrzów Sztwiertnia często swoim aktom nadawał dobrze wszystkim z sąsiedztwa znane twarze. Najgłośniejsze było wyobrażenie muskularnego satyra z głową księdza Kalinowskiego, obejmującego nagusieńką nimfę z zastygłą w spazmie zupełnego zatracenia twarzą Ryfki Deresewicz – olej na desce. Deską był spód ogromnego stołu biesiadnego zamówionego przez parafię do Domu Zborowego na pamiątkę założenia naszego kościoła (…) Pod koniec sierpnia majster Sztwiertnia pojawił się z gotowym cudem pod pachą. Postawił go ostrożnie na naszym wyłożonym polnymi kamieniami podwórzu i jął odwijać z licznych warstw “Trybuny Robotniczej” (…) A potem zaczęliśmy dotykać, sprawdzać, wsuwać i wysuwać szufladę, liczyć pola; badać, jaki szachownica ma pod kątem połysk. I coraz sumienniej oglądaliśmy arcydzieło majstra Sztwiertni, coraz uważniej śledziliśmy załomy, uskoki i perspektywy, i potem już przestaliśmy udawać, że oglądamy dla piękna konstrukcji, dla barwy, dla gry świateł. Coraz niecierpliwiej i całkiem otwarcie i – tak jest – bezwstydnie badaliśmy centymetr po centymetrze w poszukiwaniu pieczęci miłosnej, która na przedmiocie tak perwersyjnym – nieskończenie perwersyjna być musiała (…) I nigdzie nic nie było i spoglądaliśmy z niepewnością na majstra, który stał opodal i palił extra mocne (…) i jak dopalił, pokręcił przecząco głową ipowiedział: – Niczego nie ma; ten stolik to jest dymanie samo w sobie.
tylko ciiii.. bo to niespodzianka ten portret ;)
dziś
a fu a fu a fee!! taki mam dziś nastrój :/
chętnie wsunęłabym trzy gałki lodów jogurtowych, zapiekankę, hamburgera z Halagardy, czipsy paprykowe (duże) i popiła gorącą czekoladą z bitą śmietaną. nie wiem czemu utarło się, że kobiety złu humor muszą przegryźć ekstremalną dawką chamskiego jadła w połączeniu wybuchowym. na szczęście nie mam możliwości zjedzenia tego wszystkiego, co wpłynie akurat korzystnie na nie-rozwój tego wałeczka wokół talii zwanego modnie “oponką”.
wiem nawet czym to spowodowane. to nie mokra pogoda. nawet nie to, że jakoś mi dzisiaj zimno. nie wstałam też z łóżka lewą nogą. to po prostu PSM. istny koszmar, to napięcie co się zowie!
i niech znajdzie się taki mądry, który powie co z tym zrobić. albo lepiej niech się nie znajduje, lepiej mi niech dziś nie wchodzi w drogę.
aaargh!
dom
nowy dom. miałam się przeprowadzić. wejście do tego domu było ogromne – niczym kościelna brama. zaraz za drzwiami wznosiły się szerokie drewniane schody z drewnianą przepięknie secesyjną balustradą. wszędzie było drewno, ciepłe rude kolory. dom otoczony był gęstym ogrodem. coś ładnie pachniało. wyjrzałam przez okno jednego z trzech pokoi i to było takie piękne. tak, jakbym patrzyła na jakiś niesamowicie cudowny obraz. otaczała mnie aura niesamowitości. wiedziałam, że to najpiękniejszy dom świata, mój dom.
czasami wołam w niebo
przeczytałam.
faktycznie wstrząsająca. czasem, gdy uświadamiam sobie ile takich historii dzieje się wokół, to ciarki po plecach przechodzą. ile niebezpieczeństw czyha na człowieka za każdym rogiem. czasami sami się o nie prosimy, czasami to one nas dopadają.
przeżyłam tą książkę tak, jakbym była tam obecna. być może ta pamiętnikowa forma, te listy do i od przyjaciół sprawiły, że zdałam sobie sprawę z tego, że to mogła być moja znajoma, moja siostra, to mogłam być ja.
no i taka refleksja: tak rzadko myślimy o śmierci. to przychodzi dopiero z wiekiem. taka domena młodości, nikt nie zastanawia się nad końcem. kiedy przychodzi ta pierwsza refleksja? znajomy psycholog powiedział mi kiedyś, że w życiu nastaje taki moment, gdy człowieka dosięga ta myśl : “nie jestem nieśmiertelny”.
ostatnio zastanawiam się co będzie ze mną? tak po prostu – co mnie czeka w życiu? i dalej: co jest najważniejsze dla mnie? do czego dążę? czy przypadkiem nie koncentruję się zbytnio na mało ważnych, z punktu widzenia wieczności, sprawach? no i co z tą wiecznością? no właśnie.. co z tą wiecznością? …
szacher macher po cichu :D
a Kapela ze wsi Warszawa daje radę! :D
