konopielka
takie rysunki (jak ten z poprzedniego wpisu) zawsze przypominają coś miłego. może dlatego, że człowiek ma jakiś taki pociąg do przyrody? może dlatego, że pod ich wpływem przypomina sobie o tym, że jest po prostu jej częścią… a może raczej jej wyrzutem?
odnotowuję w swoim życiu pewną fundamentalną zmianę. otóż zaczyna fascynować mnie obraz polskiej wsi w literaturze. nie pomyślałabym nigdy, że będę miała ochotę czytać “Chłopów”, “Nad Niemnem” czy “Wesele”. w szkole będąc, unikałam tematu jak ognia. jeśli czytałam to fragmentarycznie i bez zainteresowania – to to na pewno. sama myśl o ciągnących się nieskończenie opisach przyrody, o pracy na polu, wizja stęchłych i pozbawionych znamion cywilizacji chałupach sprawiała, że pojawiał się grymas znudzenia. słowem, będąc nastolatkiem, nie ma się ochoty czytać stukilometrowych opowieści o życiu z dawien dawna. choć zmianę, która w tej kwestii się właśnie we mnie dokonuje, mógł zapowiadać mój irracjonalny i wieczny pociąg do Żeromskiego, choć Żeromski nie o wsi stricte pisze.
wczoraj był idealny dzień aby wleźć pod koc i obejrzeć coś na prawdę dobrego. do oglądania tego rodzaju kina konieczna jest chlapa i zachmurzenie duże bez przejaśnień. jeszcze tylko herbata z mlekiem i można zaczynać.
hm.. kiedyś pomyślałabym: czym tu się zachwycać? :)
Konopielka okazała się rewelacyjnym odkryciem. bardzo zaangażowałam się w losy bohaterów sama nie wiedząc czy jestem bardziej za postępem czy tradycją. Konopielka to opowieść o mieszkańcach Taplarów – okolicy pokrytej bagnami. niepisatych i niecytatych chłopach i ich rodzinach, żyjących w rytm przyrody ale totalnie bez jakiejkolwiek cywilizacji. chodzą bez butów, dzieciom opowiadają nic nie mające z prawdę wspólnego bujdy o tym, że każde drzewo, ryba, ptak to zaklęty człowiek, ukarany przez Boga za grzechy. wierzą, że na górce pod drzewem zakopany jest koń ze złota, ale boją się go odkopać, bo pilnuje go sam diabeł. słowem: ciemnota. jednak jest w tej ciemnocie coś urzekającego. jest ona bowiem tak naturalna i tak nieskarżona, że człowiek miałby nieraz ochotę uciec od świata w takie miejsce. jednak nic nie trwa wiecznie. niebawem do wsi ma przybyć melioracja, asfaltowe drogi no i szkoła, która ma wychowywać synów na “porządnych towarzyszy”.
“Konopielka” to starcie dwóch światów: cywilizowanego, który niesie jednak za sobą wiele zmian – niekoniecznie na dobre, oraz totalnie zacofanego, w którym może nie wszystko jest takie złe?
no i wracając do przyrody.. chce się po prostu do niej wracać. uciekać od betonu, ulic, samochodów, szklanych wieżowców, sygnalizacji świetlnych, centrów handlowych, konsumpcjonizmu i ponowoczesności.. człowiek ponowoczesny nie ma celu ani tożsamości. jego tożsamość jest taka sama jak milionów jemu podobnych ludzi, to konsument. trafia do mnie idealnie krytyka rzeczywistości z “Pokalania” Piotra Czerwińskiego:
Wstałem, mając trzydzieści lat, kredyt w banku, gówniane perspektywy na przyszłość i jeszcze bardziej gównianą perspektywę przeszłości. Zacząłem dzień razem z radiem dla hołoty, która nie zna dnia bez markowych płatków z dodatkiem kwiatków, lajfstajlowego enerdży drinka i zwykłego proszku już w czterdziestu stopniach. Piłem rozpuszczalną syfiastą kawę, kupioną na bazarze. Nie miała etykietki. Była w brzydkich papierowych workach. Jakie to nietrendowe. Jestem cholernie mało trendowy. Wyleniały heteroseksualista, bez żółtych włosów, bez plastikowych bojówek. Bez torby didżejki. Bez lampasów na ubraniu. Jem szynkę. Nienawidzę techno. Jestem absurdalnym durniem, który w absurdalnych czasach pisze absurdalną książkę (…) Tacy jak ja są na indeksie. Nie noszą lajfstajlowych ciuchów, więc cerberzy w modnych klubach nie chcą ich wpuścić. Tacy jak ja mają szafy z ubraniami sprzed dziesięciu lat; wkrótce będą one szafami z ubraniami liczącymi lat dwadzieścia. Tacy jak ja nie mają już pomysłów na życie, a życie nie ma pomysłów na nich. Tacy jak ja stali się bohaterami nowej klasy społecznej: wykształconych, oczytanych, wygadanych, powiedzmy, że dobrze zarabiających postmodernistyczne odzianych wyrzutków społecznych. Mamy do wyboru: kapcie i telewizor albo ostateczną degrengoladę. W świecie, w którym eros zastąpił etos, a money zastąpiło honey, nie ma już dla nas miejsca.