ludzie #1

30 kwiecień 2008 at 10:50 am (filozofia codzienności) (, )

tak jakoś jest, że żyjemy wśród innych nam podobnych – ludzi. phi! wielkie mecyje. no tak, od początków swego istnienia i przeważnie po jego kres żyjemy wśród innych. a jednak jest w tym coś nadzwyczajnego..

nie będzie tu (chyba) puenty. to tylko moje odwieczne rozmyślania na temat miejsca człowieka w tej przestrzeni świata: rodzinie, społeczeństwie lokalnym, grupach formalnych i nieformalnych, narodzie (choć biorąc pod uwagę życie w erze globalnej wioski, jakoś najmniej o tym akurat myślę), w końcu całościowo rzecz ujmując, o miejscu człowieka w świecie, w obecnych realiach, w TYCH czasach.

moja skłonność do ciągłego rozbierania tego tematu na molekuły wzięła się z pewnego doświadczenia sprzed kilku lat. owych kilka lat temu, pod wpływem mieszanki wielu czynników (których genezy do dziś dnia nie rozumiem) moje interakcje z innymi ograniczały się do nieuniknionego (dla człowieka funkcjonującego w społeczeństwie) minimum. gdybym nie zmusiła się do tego minimum, najpewniej zamknęłabym się najpierw w swoim domu, później przestałabym wychodzić z pokoju, później w ogóle z łóżka a na koniec przeniesiono by mnie pewnie na oddział psychosomatyczny, gdzie mogłabym egzystować sobie nafaszerowana środkami tłumiącymi działanie układu nerwowego.

tak się jednak na szczęście nie stało. ale te wydarzenia sprawiły, że mam taką przypadłość: zastanawiam się. a przedmiotem tych rozmyślań jest człowiek sam w sobie, człowiek w grupie, człowiek w różnych sytuacjach, jego reakcje i jego motywy.. a że najbliższym dla mnie człowiekiem jestem ja sama.. to zastanawiam się nad sobą najczęściej. może zbyt często – ktoś mógłby powiedzieć.. wiem tylko, że to dobra droga do samopoznania, jeśli oczywiście zachowa się w tym umiar ;)

“ja”, “ty” i “inni” to ciekawy temat :) jest sobie “ja”, i jest odbicie tego w innych – “ty”. “ja”, nad którym pracuję i “ty” – informacja zwrotna. “ja” i “ty” nie zawsze się pokrywa. to normalne, “ja” – jest moje, “ty” – pochodzi od kogoś innego. ktoś inny różni się ode mnie więc ma prawo zbudować sobie inny obraz mnie niż ja sama. są jednak pewne granice, w obszarze których “ty” mieści się jeszcze w normie “ja”. czasami jednak “ty” przekracza tą granicę. to normalne jeśli informacja pochodzi od kogoś względnie obcego. jednak, gdy pochodzi od bliskiej osoby to już inaczej. tym bardziej, gdy “ty” zajmuje raczej niską pozycję w hierarchii ogólnie uznawanych wartości.

kiedyś zdarzyło mi się, że ktoś taki bliski moje “ja” chciał przekształcić na “ty” o bardzo niskim statusie. i chyba zdarzyło mi się to nieraz. są takie osoby, które się w tym wręcz specjalizują. to ci wszyscy apodyktyczni psychopaci, ludzie, którzy muszą mieć władzę nad innymi i chcą ją osiągnąć różnymi sposobami. najbardziej szmaciarski wg mnie jest psychologiczny (chodzi mi tu o takie wywieranie wpływu na kogoś – poprzez np. indoktrynację, psychiczną przemoc lub coś w tym stylu). z resztą co tu dużo mówić – każdy sposób jest szmaciarski. będąc w takiej sytuacji, po zorientowaniu się co jest grane, jako osoba świadoma swej autonomii i nie chcąca z niej rezygnować w imię pseudo-przyjaźni, stanęłam w opozycji. no i nie trudno się domyślić co się działo. mnie osobiście kosztowało to odrobinę nerwów, jednak szybko sobie z tym poradziłam. chyba dlatego, że nie bardzo mi zależało na tej osobie. innym jednak razem zależało mi bardziej i wtedy nie było już tak łatwo zamknąć za sobą drzwi. czasami tak bywa jednak, że w obronie obrazu siebie samego trzeba te drzwi zamknąć bez względu na to jak bardzo ciężko się je zamyka i jak bardzo skrzypią.

czasami jest jednak i tak, że ktoś może nie mieć na tyle siły, świadomości swojej autonomii czy czego tam jeszcze, żeby poradzić sobie z tyranizowaniem. wtedy jest na tyle zależny, że rezygnuje z siebie (w miejsce “siebie” można podłożyć: godność, autonomię, wolność czy cokolwiek innego) po to by nie stracić czegoś, co w swej istocie nie jest warte funta kłaków (jak się to mówi;) czyli złudzenia o szczęściu, przyjaźni itd. bywa także, że ludzie potrzebują zależności od innych, potrzebują być kierowani a nawet poniewierani itd, ale o tym (jak zwykle) nie tym razem.

i tak. relacje międzyludzkie nie są łatwe, gdyby się im przyjrzeć bliżej. ja sama oczywiście także święta nie jestem (nie to, bym chciała grać wiecznie wielce uciśnioną;) na swym koncie mam kilka podobnie szmaciarskich zachowań. to ostatnie, jakie pamiętam, jest dla mnie samej totalnym dnem! otóż zaznajomiłam sobie pewnego kolegę. (wybaczcie mi budowanie takich dziwnych zdań, ale tak jakoś same wychodzą;). ów kolega zaznajomiony jest przez internet. znajomości internetowe są dość specyficzne, jak wiadomo. wg mnie ich specyficzność polega na tym, że łatwiej jest się – jakkolwiek to zabrzmi – zaangażować (pod słowo “zaangażować” wstawić swoje wyobrażenie na ten temat). być może powodem tego jest fakt, że w internecie wymienia się myśli. łatwiej także pominąć czasem niesprzyjające elementy rozmów na żywo jak np. choćby ewentualna aparycja rozmówcy ( tak tak, pierwsze wrażenie rulezz;) no i zaangażowałam się w internetową znajomość. na to zaangażowanie wpłynął fakt, że chłopak fajnie pisze. bardzo mi się to spodobało – fajne pisanie jest dla mnie cechą z górnej półki. postanowiłam zainicjować znajomość, nie bez ubicia przy tym interesu. mianowicie jeden z jego tekstów miałam zamiar wykorzystać przy pisaniu pracy zaliczeniowej o subkulturach. miły kolega się zgodził no i zaczęła się korespondencja. lubię pisać. lubię pisanie jak cholera. tym bardziej do kogoś, ale nie do byle kogo. ten koleś nie był byle kim i pisałam namiętnie ;) po pewnym czasie mój rozmówca jednak stracił zainteresowanie mną i moimi sprawami. oczywiście nie znałam tego powodów. znaliśmy się tyle co z maili. nie mogłam mieć pojęcia co dzieje się w jego życiu. nawet jeśli mi o tym pisał, to pewnie i tak nie zarejestrowałabym tego. jedyne, co zarejestrowałam to brak zainteresowania. moja reakcja na to była niczym reakcja dziecka w piaskownicy. tupnęłam nogą i zrobiłam coś bardzo chamskiego. mianowicie w ramach odwetu za brak zainteresowania mną postanowiłam dopieprzyć. i dopieprzyłam. nie mogę zasłaniać się afektem – w końcu jestem już dorosła i biorę odpowiedzialność za swoje czyny. dopieprzyłam ostro pisząc koledze, że właściwie to jest tylko zlepkiem liter przechowywanym na poczcie. że nikim konkretnym……….

ostro, wiem. bardziej uprzedmiotowić go nie mogłam i bardziej sprowadzić samą siebie do parteru też nie. chciałam zwrócić na siebie uwagę niczym małe dziecko używając przy tym tak prymitywnych sposobów. jak się później okazało, kolega miał wtedy jakieś problemy i cóż..  obchodziły go one wtedy bardziej niż moje sprawy. normalka. miałam wtedy jakiś żal, że nie pisał do mnie wylewnych maili o tych swoich problemach i nie szukał pomocy u nowo poznanej koleżanki internetowej (sidła internetowych znajomości – wpadłam) na szczęście jednak zachował się w tej sytuacji bardzo fajnie i napisał, że może jednak da się tu coś naprawić. ta reakcja bardzo mi zaimponowała :) było mi głupio, ale przełknęłam jakoś tą swoją głupotę i teraz jest ok.

hm. tak sobie myślę… chyba nie da się uniknąć jakiś zgrzytów żyjąc wśród ludzi. najważniejsze to umieć sobie radzić z własnymi i cudzymi błędami. no i przede wszystkim umieć się do nich przyznawać. wtedy wszystko będzie do odkręcenia i do zrozumienia. wtedy da się jakoś współżyć bez chęci uciekania na bezludną wyspę. bo przecież jesteśmy stworzeni do tego by żyć w grupie. więc trzeba tylko zadbać o to, by żyć i pozwolić żyć innym (mój ulubiony wyświechtany frazes;) i wtedy będzie grać.

Bezpośredni odnośnik 6 komentarzy

konopielka

23 kwiecień 2008 at 7:53 am (filozofia codzienności)

takie rysunki (jak ten z poprzedniego wpisu) zawsze przypominają coś miłego. może dlatego, że człowiek ma jakiś taki pociąg do przyrody? może dlatego, że pod ich wpływem przypomina sobie o tym, że jest po prostu jej częścią… a może raczej jej wyrzutem?

odnotowuję w swoim życiu pewną fundamentalną zmianę. otóż zaczyna fascynować mnie obraz polskiej wsi w literaturze. nie pomyślałabym nigdy, że będę miała ochotę czytać “Chłopów”, “Nad Niemnem” czy “Wesele”. w szkole będąc, unikałam tematu jak ognia. jeśli czytałam to fragmentarycznie i bez zainteresowania – to to na pewno. sama myśl o ciągnących się nieskończenie opisach przyrody, o pracy na polu, wizja stęchłych i pozbawionych znamion cywilizacji chałupach sprawiała, że pojawiał się grymas znudzenia. słowem, będąc nastolatkiem, nie ma się ochoty czytać stukilometrowych opowieści o życiu z dawien dawna. choć zmianę, która w tej kwestii się właśnie we mnie dokonuje, mógł zapowiadać mój irracjonalny i wieczny pociąg do Żeromskiego, choć Żeromski nie o wsi stricte pisze.

wczoraj był idealny dzień aby wleźć pod koc i obejrzeć coś na prawdę dobrego. do oglądania tego rodzaju kina konieczna jest chlapa i zachmurzenie duże bez przejaśnień. jeszcze tylko herbata z mlekiem i można zaczynać.

hm.. kiedyś pomyślałabym: czym tu się zachwycać? :)

Konopielka okazała się rewelacyjnym odkryciem. bardzo zaangażowałam się w losy bohaterów sama nie wiedząc czy jestem bardziej za postępem czy tradycją. Konopielka to opowieść o mieszkańcach Taplarów – okolicy pokrytej bagnami. niepisatych i niecytatych chłopach i ich rodzinach, żyjących w rytm przyrody ale totalnie bez jakiejkolwiek cywilizacji. chodzą bez butów, dzieciom opowiadają nic nie mające z prawdę wspólnego bujdy o tym, że każde drzewo, ryba, ptak to zaklęty człowiek, ukarany przez Boga za grzechy. wierzą, że na górce pod drzewem zakopany jest koń ze złota, ale boją się go odkopać, bo pilnuje go sam diabeł. słowem: ciemnota. jednak jest w tej ciemnocie coś urzekającego. jest ona bowiem tak naturalna i tak nieskarżona, że człowiek miałby nieraz ochotę uciec od świata w takie miejsce. jednak nic nie trwa wiecznie. niebawem do wsi ma przybyć melioracja, asfaltowe drogi no i szkoła, która ma wychowywać synów na “porządnych towarzyszy”.

“Konopielka” to starcie dwóch światów: cywilizowanego, który niesie jednak za sobą wiele zmian – niekoniecznie na dobre, oraz totalnie zacofanego, w którym może nie wszystko jest takie złe?

no i wracając do przyrody.. chce się po prostu do niej wracać. uciekać od betonu, ulic, samochodów, szklanych wieżowców, sygnalizacji świetlnych, centrów handlowych, konsumpcjonizmu i ponowoczesności.. człowiek ponowoczesny nie ma celu ani tożsamości. jego tożsamość jest taka sama jak milionów jemu podobnych ludzi, to konsument. trafia do mnie idealnie krytyka rzeczywistości z “Pokalania” Piotra Czerwińskiego:

Wstałem, mając trzydzieści lat, kredyt w banku, gówniane perspektywy na przyszłość i jeszcze bardziej gównianą perspektywę przeszłości. Zacząłem dzień razem z radiem dla hołoty, która nie zna dnia bez markowych płatków z dodatkiem kwiatków, lajfstajlowego enerdży drinka i zwykłego proszku już w czterdziestu stopniach. Piłem rozpuszczalną syfiastą kawę, kupioną na bazarze. Nie miała etykietki. Była w brzydkich papierowych workach. Jakie to nietrendowe. Jestem cholernie mało trendowy. Wyleniały heteroseksualista, bez żółtych włosów, bez plastikowych bojówek. Bez torby didżejki. Bez lampasów na ubraniu. Jem szynkę. Nienawidzę techno. Jestem absurdalnym durniem, który w absurdalnych czasach pisze absurdalną książkę (…) Tacy jak ja są na indeksie. Nie noszą lajfstajlowych ciuchów, więc cerberzy w modnych klubach nie chcą ich wpuścić. Tacy jak ja mają szafy z ubraniami sprzed dziesięciu lat; wkrótce będą one szafami z ubraniami liczącymi lat dwadzieścia. Tacy jak ja nie mają już pomysłów na życie, a życie nie ma pomysłów na nich. Tacy jak ja stali się bohaterami nowej klasy społecznej: wykształconych, oczytanych, wygadanych, powiedzmy, że dobrze zarabiających postmodernistyczne odzianych wyrzutków społecznych. Mamy do wyboru: kapcie i telewizor albo ostateczną degrengoladę. W świecie, w którym eros zastąpił etos, a money zastąpiło honey, nie ma już dla nas miejsca.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

drzewo

22 kwiecień 2008 at 9:41 am (filozofia codzienności, tawerna) (, , )

był taki czas, że miałam fazę na drzewa. doskonale pamiętam skąd się to wzięło. pewnej nocy, gdy plątałam się po lesie z przyjaciółmi, ujrzałam “super drzewo”. wyglądało baśniowo. zdecydowanie wyróżniało się spośród innych. wprost świeciło. olśniło mnie tak bardzo, że automatycznie i donośnie dałam upust swym emocjom. zachwyciło mnie, oszołomiło, wprost powaliło na kolana. mój kolega, który akurat w tej chwili mi towarzyszył, nie rozumiał mojego podziwu. miałam wrażenie, że w ogóle nie wiedział, o które drzewo konkretnie mi chodzi. cóż, w lesie nie brak drzew…

Myślisz mój Boże jakie to drzewo piękne
Mężczyzna z psem zdaje się nie zauważać urody drzewa

istotnie świeciło jakimś wewnętrznym blaskiem, który mi akurat się ukazał. i nie, nie byłam pod wpływem żadnych grzybów – nocna wycieczka do lasu wcale nie temu służyła :) być może krążył mi we krwi jakiś alkohol, ale nie w takiej ilości, żebym miała mieć przywidzenia. po jakimś czasie, gdy oszołomienie opadło i nastał dzień, domyśliłam się, że blask drzewa wziął się stąd, że było innego gatunku niż wszystkie pozostałe znajdujące się w zasięgu mojego wzroku.

ciepła noc –
pomiędzy świerkami
wiosenna pełnia

wydaje mi się, że mogła to być brzoza. miałam wrażenie, że srebrzy się w świetle księżyca na tle nocnego lasu. to było jakieś takie metafizyczne przeżycie. od tamtej pory upodobałam sobie drzewa.

jednak moja miłość do drzew nijak nie chciała odzwierciedlić się w rysowaniu. za nic w świecie nie umiałam narysować żadnego drzewa. podczas swych kursów rysowania poznawałam wiele technik rysowania przyrody, ale szło mi kiepsko. nie zdałam na architekturę krajobrazu i dałam drzewom spokój.

drzewa jednak jakoś tak we mnie pozostały. nigdy nie zastanawiałam się nad ich symboliką (skądinąd bardzo przecież bogatą), one po prostu były. i pewnie będą już zawsze..

Bezpośredni odnośnik 9 komentarzy

aura wyjątkowo niekorzystna

17 kwiecień 2008 at 6:34 am (filozofia codzienności)

przesilenie chyba daje mi się we znaki.

moje życie – jak w “chłopach” Reymonta – zdeterminowane jest porą roku. na każdą z nich przypada odmienne nastawienie. lubię wiosnę. lubię jak szarość przedwiośnia ustępuje kolorom. ale wiosna to przesilenie. a to oznacza, że mogłabym tylko spać. szczególnie, że chmury dzisiaj takie niskie i wieje.

ziewam sobie, zakładam okulary na nos i egzystuję tak do 16tej. na samą myśl o piątku-sobocie-niedzieli w szkole jakoś takoś energia mnie opuszcza. i jeszcze ten egzamin. i jeszcze tą obserwację muszę przeprowadzić. bosz, ale mi się nie chce!

czuję w głowie spadek ciśnienia. nic, tylko spać..

***

(tak sobie bredzę;)

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

woda

15 kwiecień 2008 at 7:05 am (nocnik)

dziś też woda. z tym, że nie pływałam, tylko widziałam ją z góry. w dole płynęła rzeka, która nie wyglądała jakoś strasznie. widać było, że płytka, czysta, bystra. ale bałam się jej jak ognia! (taki mały idiom;) postawiłam sobie w tym śnie jakieś potwornie trudne zadanie. oczywiście koniecznie chciałam przejść na drugą stronę rzeki. zamiast więc zejść  z brzegu i przejść po dnie (na prawdę było płytko, widać było kamienie, słońce odbijało się wesoło od wody, przejście przez tą rzekę byłoby na pewno przyjemne), ja wybrałam wspinanie się na rurę (z gazem? nie wiem – nie była żółta, z jakąś gorącą niebezpieczną cieczą chyba. była czerwono-czarna).

czasem ponad rzekami, w takim miejscu jak to, w którym mieszkam, są takie rury. jakieś gazociągi czy coś. kiedyś faktycznie – za małolatka – wspinałam się po takich z kolegami..

no więc wspięłam się na tą rurę i zaczęłam przesuwać się w kierunku drugiego brzegu. bałam się wysokości, jaka dzieliła mnie od ziemi. wiedziałam, że jak spadnę to po mnie. w ręce wrzynały mi się metalowe linki, których się trzymałam, a rozgrzana rura parzyła. udało mi się jednak przejść na drugą stronę. później znalazłam się na ulicy, która w rzeczywistości jest niedaleko mojego domu. była – jak zwykle pusta (tam nikt nie mieszka) i szłam w kierunku domu. idę, idę, idę.. ta ulica nigdy się nie kończy (faktycznie jest cholernie długa)..

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

Next page »