frustracja

28 grudzień 2007 at 4:08 pm (filozofia codzienności)

tak się jakoś mało ciekawie złożyło, że mój koniec roku nacechowany jest negatywnymi emocjami. ostatnio pisałam o obciachu a dzisiaj zajmę się frustracją.

frustracja to takie zjawisko, które powoduje wiele przykrych emocji. wywoływana jest różnymi czynnikami i długotrwała – może mieć objawy wegetatywne: ból głowy, zmęczenie itd. u mnie specyficzne są: szczękościsk i ból kręgosłupa w odcinku piersiowym. silna frustracja często prowadzi do agresji. mieszanina dolegliwości fizycznych, złości, nudy czy nawet lęku sprawia, że człowiek czuje się – delikatnie rzecz ujmując – nieciekawie.

frustracja pojawia się wtedy, gdy na drodze do osiągnięcia swego założonego celu napotykamy przeszkodę. im bliżej osiągnięcia celu przeszkoda się pojawi – tym silniej odczuwamy frustrację. także zaskoczenie potęguje to uczucie (łatwiej przyjąć przeszkodę, o której wie się wcześniej) jak również atrakcyjność celu (im większe cel ma znaczenie dla nas subiektywne, tym większa złość). a kiedy nałoży się kilka frustracji – to już mieszanka totalna i wybuchowa!

*

obudził mnie budzik o godzinie 6tej. wiedziałam, że czeka mnie dzisiaj dużo pracy, ale żeby pozytywnie nastawić się do sprawy, założyłam nowe spodnie w kratkę (zawsze chciałam mieć spodnie w kratkę). po przyjściu do pracy zrobiłam sobie kawę i zabrałam się za działanie. w miarę upływu czasu pojawiały się problemy. to coś się nie zgadzało, to jakieś nowe kwestie wychodziły. napięcie wzrosło gdy dowiedziałam się, że nie mogę ruszyć dalej z pracą bo muszę poczekać na dane od koleżanki. a że koleżanka znalazła u siebie błąd… …to trzeba było go poszukać. szukanie trwa już dobrych kilka godzin. a ja z każdą mijającą minutą czułam jak rośnie mi ciśnienie śródczaszkowe. po 2ch godzinach zaczęło mi kipieć w mózgu aż dym uszami poszedł.

cel był atrakcyjny (zakupy i weekend) i blisko, przeszkoda pojawiła się nagle i niespodziewanie – skutecznie rozkładając mi pracę. oczekiwania również wysokie: byleby pchnąć pracę do przodu. dodatkowo poskładały się inne frustracje: brak czasu na cokolwiek, sterta książek czekających w domu, z których do następnego zjazdu muszę wiedzę pozyskać..

na domiar złego na nowe spodnie w kratkę spadł mi dżem z naleśnika.

boooooooooom! wybuchło… (k#rw@ m@ć z@&%b@n@!!!!!!! aaaaaaaaaa!!!!! )

*

z całą pewnością mogę stwierdzić – kocham koniec roku w pracy. kocham bycie trybikiem – kolejnym elementem w machinie. teraz chyba powoli uchodzi już ze mnie wściekłość choć nadal czekam. jakiż to paradoks – nie mam na nic czasu a od kilku godzin siedzę bezczynnie. jestem już zmęczona. w związku z czym korekta mojej pracy, którą dopiero wykonam, jest murowana. może poczytam w internecie o metodach radzenia sobie z frustracją? :D

*

miłego wieczoru mili państwo, ja posiedzę dziś długo po godzinach.

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

taaaki obciach!

26 grudzień 2007 at 8:20 pm (filozofia codzienności)

od zarania dziejów, odkąd tylko zeszliśmy z drzewa i cokolwiek pojęliśmy, towarzyszy nam w życiu “obciach”. nie da się przeżyć życia nie doświadczając choćby jednego “obciachu”. nie da się tym bardziej nie być autorem choćby jednego “obciachu”. i niestety – nic nie jest w stanie uchronić nas od tego. “obciach” był, jest i być musi.

“obciach” to takie coś mało przyjemnego, które bezlitośnie atakuje nasze własne JA. z różnych sytuacji można wyjść z nietkniętym ego stosując przewymyślne techini obronne, ale – niestety – nie z “obciachu”. wiąże się to pewnie z teorią dysonansu poznawczego. dysonans to przykre napięcie spowodowane informacją, która jest sprzeczna z naszymi wyobrażeniami siebie jako osoby rozsądnej i sensownej. więc gdy taki “obciach” się stanie – już po nas. zostajemy na lodzie – bez gaci. tak się składa, że JA jest ostatnią rzeczą, którą człowiek miałby ochotę zmieniać. tym dotkliwiej więc taka “siara” własnego autorstwa obnaża całkowicie. mówiąc kolokwialnie – daje po zaworach :D

człowiek ma ochotę schować się w buty, zapaść po ziemię, walnąć głową w mur i nie pamiętać tego “kwasu”.

i nie da się tego zrzucić na kolegę albo na zły biometr. nie pomaga nawet autoafirmacja. w obliczu naszej własnej żenady jesteśmy bezbronni.

bez sensu iść na papierosa. bez sensu włączyć telewizor. bez sensu cokolwiek gdy w głowie w kółko jak dżwięk na starej sfiksowanej płycie powtarza się “ale kwas, ale siara, ale żenada!”

Pilch w jednm ze swych felietonów ujął kwestię rewelacyjnie:

“przez następne dziesięciolecia życie nie szczędziło mi zawodów, rozczarowań, upokorzeń i przykrych niespodzianek. przez następne dziesięciolecia w tysiącach sytuacji głupie miewałem miny, ale tak głupiej miny, jaką miałem wydobywszy z pachnącej jedliną paczki – zamiast autka na baterie – owalną puszkę z napisem Polish Ham – nie miałem w życiu nigdy”.

dokładnie tak, moi drodzy. tak głupiej miny, jaką mam dziś wieczorem, nie miałam dawno. zrobię więc głeboki oddech i wezmę to na klatę – cóż mi w końcu pozostaje?

;)

Bezpośredni odnośnik 2 komentarzy

idą!

24 grudzień 2007 at 1:41 pm (filozofia codzienności)

choinki wystrojone?

prezenty kupione i pod choinkę zalogowane?

barszcz z uszkami ulepiony?

kartki wysłane?

lampki zawieszone?

karp zakatrupiony?

no.. to możemy zaczynać :)

***

wszystkiego co dobre, spełnienia Waszych gwiazdek..

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

w końcu koniec

21 grudzień 2007 at 9:29 am (filozofia codzienności)

koniec roku.

***

pojęcie “koniec” skomplikowane jest w swej złożoności, ma wiele płaszczyzn znaczeniowych. są na przykład końce oczekiwane i gładkie, są także koszmarne końce. zawsze jednak koniec oznacza sytuację, w której z jednego stanu rzeczywistego przechodzimy w inny. bez względu na to czy akurat jest koniec roku, koniec wakacji, koniec przyjaźni, koniec związku, koniec problemów, koniec przyjemności, czy doprowadziliśmy do końca trudne sprawy lub już zupełnie prozaicznie: może – po prostu – skończył się nam ulubiony keczup w domu.

oczywiście jasną rzeczą jest, że intensywniej odczuwamy te końce, które związane są z emocjonalną sferą naszego życia. brak keczupu chyba łatwiej znieść niż brak przyjaciela, z którym spędziło się kilka lat.

metafizyczność “końca” jest dla mnie kwestią niepojętą i nie ogarnia jej mój umysł. wiem – i z całą pewnością mogę stwierdzić, że z końcem nierozerwalnie wiąże się tęsknota. zabawną rzeczą i zupełnie nie zrozumiałą dla mnie jest to, że czasem tęskni się za czymś, czego kiedyś się nie znosiło lub miało dość. dziwny działa tu mechanizm.. czasem nawet jest tak, że świadomość owego końca dopiero po jakimś czasie do nas dociera.

***

są końce nieuniknione. z tymi najtrudniej sobie poradzić. nie koniecznie mam na myśli tu ten koniec ostateczny – choć też.

pod “końcem nieuniknionym” rozumiem np. koniec szkoły. do tych refleksji skłoniło mnie zapisanie się do naszej-klasy. rozmowy o zupie ze stołówki, zdjęcia klasowe, ludzie.. każdy ma już swoją historię. łączą nas tylko spólne wspomnienia przegródek w główkach przeznaczonych na części mowy i części zdania, które przez kilka pierwszych lat nauki chciała nam zainstalować Pani Znamirowska.

a mnie szkoda jest, że minęło już tyle lat i że teraz już nie muszę zmagać się z chemią u Pani Gogoli, wkuwać fizykę do Pana Rudnickiego, że nigdy już nie zaśpiewamy cało-klasowym chórem “12 groszy” na zajęciach z techniki, że bezpowrotnie minęły czasy pisania “liścików” na lekcjach.. podchody w szatni urządzane chłopakom z klasy równoległej, ryż z truskawkami na stołówce, szkolny lany poniedziałek, apele, zawody w siatkę, i nawet rekolekcji szkolnych mi szkoda :)

może świadczy to o jakimś rodzaju infantylizmu.. nie wiem. ale zdjęcia sprzed kilku lat potrafią wywołać tyle emocji, że czuję się prawie jak bohaterka ” butterfly effect” ;)

doskonale rozumiem teraz, choć w miarę dorosłego życia pewnie zrozumiem jeszcze bardziej, sens bycia dzieckiem i gdy rodzice mówili “jeszcze za tym zatęsknisz”. mieli rację.  a ja z całą pewnością będę to powtarzać swoim dzieciom :)

***

koniec roku. jedni ludzie robią bilans, inni rozmyślają nad noworocznymi postanowieniami.

rozliczenia, zestawienia, bilingi…

***

ciekawe jaki będzie ten następny..  :)

Bezpośredni odnośnik 5 komentarzy

dj.woanie

21 grudzień 2007 at 7:49 am (filozofia codzienności)

puszczanie muzyki na imprezach to trudne zadanie. wydawałoby się, że to nic wielkiego.. wystarczy tylko mieć kilka topowych kawałków, trochę staroci, które wszyscy lubią i … czadu! ale nie. nie wystarczy mieć kilka topowych kawałków by dać czadu. trzeba mieć pewnego rodzaju dj.owski polot. dopiero teraz rozumiem na czym polega ta sztuka.

był wieczór kiedy g. oznajmił mi, że robię imprezę. robię ja, bo on akurat tego dnia pracuje. podnieciłam się niezdrowo tym faktem – jak dziecko wiadomością o wyciecze do McDonald.a. od razu zaczęłam układać sobie w głowie całe scenariusze imprezy. jaki szał i jaka zabawa się odbędzie :) wszyscy będą uśmiechnięci i z uznaniem będą potrząsać moją dłoń ;) “świetny debiut” ktoś tam z tyłu powie. nikt nie będzie chciał iść do domu, będą pytać kiedy następna…

jednak szarość dnia codziennego przysłoniła trochę mającą się odbyć tamtego feralnego wieczora “jamaicę”. nie zdążyłam nawet na spokojnie i z rozwagą zastanowić się co chcę w ogóle puszczać. nastał piątek. zabrałam kilka płyt, reszta miała być na miejscu.

przychodzę, a tam chłopaki majstrują coś przy pseudo-wzmacniaczu Freda. zabrakło kabelków. tymczasem ludzie przewijali się przez knajpę. gdy już jako tako udało się poskładać sprzęt do kupy, mogliśmy zaczynać. trzeba przyznać – miałam tremę. nie była ona wielka, ale z każdym nowym doświadczeniem towarzyszy mi jakiś rodzaj tremy. ustawiłam playlistę i….

… i jakiś nawalony kolo przewrócił się na stolik wylewając caluśkie moje grzane piwo na listwę. wywaliło korki (ponoć) i kwas. starszy brat Wiedźmin zrugał chłopaka, ale to i tak nic nie pomogło. przedsięwzięcie wisiało na włosku.

Fred bohatersko postanowił listwę osuszyć i na powrót załączyć, ale na szczęście wybiliśmy mu to z głowy. kilka osób stało nad “rozlanym mlekiem” i kiwało głowami z bezradnością. nie mieliśmy innej listwy !! ;) robię uśmiech bo nie przyszło nam w ogóle do głowy żeby mieć jakiś zapasowy przedłużacz – bo po co?

w końcu ktoś skądś przyniósł, podłączyliśmy i poszło. zaczęły się inne problemy: z jednej strony słyszałam od starszych odbiorców, że chcą jakieś korzenne reggae, z drugiej młodzi sugerowali coby “odejść od klasyki i zapodać jakiś dancehall”. ktoś tam życzył sobie sun is shining a ja nie mogłam tego znaleźć. katastrofa! cała ideologia padła. kiepski ze mnie dj ;)

na dodatek jakoś nie widziałam dobrej zabawy. ktoś tam niby kiwał się w kącie, ale falujący tłum to to nie był. miałam nadzieję, że djembe uratuje sytuację więc desperacko rzuciłam się na bęben. drugi wręczyłam szanownej siostrze mojej, która z reggae może wiele wspólnego nie ma, ale rytmicznie stukać potrafi i to całkiem elegancko. jednak i to nie pomogło. postanowiłam więc olać system. za sterami zasiadł Wiedźma i “niech się dzieje co chce” pomyślałam.

wylądowałam później w jakimś kącie wysłuchując bełkotania zaprutego w trupa kolegi. i tam poczułam się jak ryba w wodzie :) nie, żeby mi się to podobało – nikt w końcu nie lubi słuchać żalów innych osób. jednak do tego to, oj.. do tego – do słuchania – to ja się nadaję idealnie :)

***

być może nie cała impreza nie wyszła aż tak tragicznie jak mi się wydaje. moje odczucia jednak były jednoznaczne – na dj.a się nie nadaję. mogę jedynie pozostać dziewczyną dj.a ;) musi mi to wystarczyć.

***

a tymczasem, moi mili Czytelnicy, Wasze zdrówko! ;)

plakat-drink-rasta.jpg

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Next page »