Szkoła rodzenia, czyli: dzień dobry, kocham cię.

19 listopad 2009 at 7:44 pm (fasolka, filozofia codzienności)

Jeden z odcinków Przystanku Alaska zatytułowany “Dzień dobry, kocham cię” opowiada o narodzinach małej Mirandy, córki Shelly i Hollinga. Oglądałam ostatnio ten odcinek z ogromnymi wypiekami na twarzy. Cóż, mnie samą niebawem czeka taki wyczyn i nie powiem, żeby mnie to nie stresowało. Jedno jest pewne: urodzić muszę, nikt tego za mnie nie zrobi.

Nie znam kobiety, która nie bała/boi się porodu. Szczególnie jeśli jest to pierwszy poród. Ostatecznie jest to wydarzenie, które wiąże się przecież z ogromnym wysiłkiem i bólem, którego każdy normalny człowiek się obawia. Tak już jest skonstruowany nasz system nerwowy. Towarzyszą temu dodatkowo różne inne okoliczności, które trudno jest nazwać przyjemnymi.

Właściwie ciąża sama w sobie jest dosyć trudnym wyzwaniem. Trzeba zmagać się nie tylko z niespodziewanymi zmianami zachodzącymi w organizmie. Dochodzą do tego różne inne dziwne kwestie związane z psychicznym funkcjonowaniem, których nie można przewidzieć wcześniej. To znaczy owszem, wiadomo o nich i w literaturze szeroko opisywane są te zmiany. Jednak czytać, słyszeć, dowiadywać się – a doznać – to zdecydowanie coś innego. Rozumiem teraz jak ważne dla samej ciąży (a przez to rozwoju dziecka) jest planowanie. Łatwiej bowiem przyjąć te wszystkie okoliczności dotyczące zmian fizycznych oraz psychicznego funkcjonowania mając świadomość, że jest to skutek własnej decyzji a nie jakiegoś przypadku.

Wracając jednak do samego porodu.. im bliżej, tym większe napięcie. Trzydzieści tygodni ciąży minęło nie wiadomo kiedy. W tym czasie schudłam 4 kilogramy; miałam wstręt do mleka, twarożku i mięsa; płakałam z byle powodu; przeżywałam chroniczne, nie dające się opanować zmęczenie; ciągle spałam; poczułam przypływ ogromnej miłości do męża (o którą się nawet  nie podejrzewałam wcześniej;) ; oczekiwałam na pierwsze oznaki zaokrąglania się brzucha; namiętnie kupowałam ubrania ciążowe (chodziłam w nich nawet wtedy, kiedy jeszcze nie było takiej konieczności;) następnie odzyskałam apetyt; przytyłam 7 kilogramów (póki co;) ; obrażałam się na męża z byle powodu; straciłam cierpliwość do czegokolwiek; wkurzałam się na głupie reakcje ludzi na ulicy (krzywo patrzące się moherowe panie); oczekiwałam pierwszych wyczuwalnych ruchów; wyobrażałam sobie jak mój syn dorasta, gdy okazało się, że to córka; wymyślałam imię; wróciłam na uczelnię; zaczęłam regularnie ćwiczyć; zapisałam się do szkoły rodzenia; wyczytałam wszystko na temat rozwoju dziecka w poszczególnych miesiącach i o porodzie; zaczęłam odczuwać ból kręgosłupa; napisałam kawałek pracy magisterskiej…

TEN dzień zbliża się wielkimi krokami. Wyobrażam sobie czasem jak to będzie starając się stosować pozytywną wizualizację. Nie lubię bólu, szczególnie nie lubię, gdy mnie coś boli. Jednak odkąd obejrzałam ten odcinek serialu, moje nastawienie do samego porodu zmieniło się. Z otwartą buzią patrzyłam na poród Shelly, która z cała determinacją i poświęceniem stawia czoło wyzwaniu. Poczułam wtedy, że przecież ja też tak mogę. Przestałam myśleć o tym wydarzeniu jak o krzywdzie, która ma mnie spotkać. Bo przecież nie o mnie tu chodzi! Przecież chodzi o to, żeby moje maleństwo całe i zdrowe przyszło na świat a moim zadaniem jest sprawić, by stało się to jak najszybciej. A to będzie dopiero początek.. bo cała magia tkwi w tym, że teraz najważniejszą na świecie osobą jest ona. Od chwili, w której powstała myśl, aż do końca świata. Wszystko się zmieniło, moje życie w ciągu tych kilku miesięcy przewartościowało się na amen. Niesamowite to uczucie :)

Tu zaledwie 6-tygodniowa. Moja mała..

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

małżeństwo. sezon drugi. 2.

8 listopad 2009 at 4:31 pm (filozofia codzienności)

No i nadszedł moment, w którym moje małżeństwo zaczęło być już sprawą co najmniej normalną. W związku z tym na wierzch wyszły sprawy, które wcześniej zakopane były głęboko pod euforią, bujaniem w obłokach, hormonami szczęścia i upajaniem się, krótko mówiąc, byciem-razem. Wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie, ale nawet nie próbowałam sobie wyobrazić jak to będzie.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że moje reagowanie stało się co najmniej nieprzewidywalne. Sama doskonale zauważam tą zmianę. Z lekkim niepokojem dostrzegam, że stałam się dosyć histeryczna. Pocieszam się tym, że to na pewno sprawka tych hormonów i jeszcze tylko kilka miesięcy.. i wszystko wróci do normy. Nie jest mi fajnie w tej nowej roli rozchwianej żony, która nie da żyć i czepia się o każdy szczegół. Wiem, że się czepiam, ale cóż poradzić, że tak mi nagle te szczegóły zaczęły przeszkadzać?

No dobra, trochę rozsądku trzeba zachować – nie można poddać się tym nastrojom tak do końca i bezkrytycznie. W związku z tym będąc ostatnio w pięknym mieście Krakowie, zaproponowałam Miśkowi wspaniałomyślnie, żeby wyszedł z kolegami na miasto się rozerwać. Odkąd wyprowadziliśmy się z  Krakowa, nie miał takiej okazji więc moja propozycja miała być tym bardziej miła. Wiążąc sznurowadła butów zapytał czy jestem pewna swojego pomysłu, a ja kiwnęłam głowa, że owszem i niech bawi się dobrze – dorzuciłam. Byłam z siebie tego wieczoru całkiem zadowolona aż do momentu, kiedy zaczęłam czuć się źle. To mnie w boku zaczęło gnieść, to uszy zaczęły boleć (od leżenia), to żołądek dał znać, że wypiłam za dużo kolki itd. Trzymałam się jednak dzielnie do północy, później – zamiast iść spać – zaczęłam wkręcać sobie, że właściwie to już Misiek mógłby wrócić i dlaczego go jeszcze nie ma? Czy on nie wie, że ja tu się źle czuję (oczywiście, że nie wiedział, bo skąd miał wiedzieć?) i czy to, że go jeszcze nie ma oznacza, że woli być tam gdzieś zamiast tu ze mną? Hasać po mieście beztrosko zamiast masować ciężarnej żonie spuchnięte stopy? Jeśli tak, to jak będzie wyglądać nasza przyszłość? A gdy urodzi się mała? Czy będzie wolał spędzać czas poza domem? Co, jeśli wybierze wolność a nie rodzinę? Już zaczęłam się wkręcać na maksa, już poszły w ruch nocne esemesy do kota o treściach histerycznych, już film miałam w głowie, jak to mój ukochany oddala się ode mnie i dzidzi, bo nie podoba mu się rodzinne życie, już byłam bliska płaczu, gdy nagle.. zadzwonił telefon, żebym otworzyła drzwi. Misiek wrócił i złe koszmary odleciały w jednej chwili. Co prawda była godzina druga w nocy, ale to już nie było ważne. Tym bardziej, że kolega, u którego nocowaliśmy, i z którym Misiek wyszedł na miasto, wrócił o 9tej rano ;)

“nie chcę Cię z oczu stracić więc..

jeszcze więcej

jeszcze więcej

jeszcze więcej

dzień dobry…”

:)

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

granica?

22 październik 2009 at 6:30 pm (filozofia codzienności)

Gdzie jest granica między egoizmem a asertywnością? Dobry temat Kot zapodała. Cóż.. żyjemy w takich czasach, gdzie np. tolerancja wywleczona została na lewą stronę do granicy absurdu więc nie dziwne, że jest problem z tym co dokładnie tym egoizmem nazwać można?

Poza tym.. tak mi się wydaje.. egoizm jako taki przestał być już zupełnie pejoratywną sprawą. Co prawda nikt nie chwali się chętnie tym, że jest egoistą (choć spotkałam się już z takim podejściem, gdy ktoś wprost oznajmił mi, że jest hedonistą i dobrze mu z tym), wolimy powiedzieć, że czujemy się jednostką i najważniejsza jest dla nas samorealizacja. Brzmi nieźle, nie? A co się za tym kryje? Ano skupienie na samym sobie, szukanie własnego prywatnego szczęścia. Gdzieś wyczytałam, że jedyną granicą szukania takiego prywatnego szczęścia oraz indywidualnej samorealizacji jest nienaruszanie dobra drugiego człowieka. Tu właśnie pojawia się mój problem: co znaczy nie naruszać dobra drugiego człowieka? Czy to oznacza, że nie mam prawa naruszać tej bańki prywatności? Cóż.. każdy z nas ma taką bańkę, taką zupełnie intymną swerę, której naruszać drugiemu nie wolno. Rzecz w tym, że kiedyś ta bańka była znacznie mniejsza – teraz w swerę spraw nienaruszalnych włączają się coraz to nowe obszary, bańka rośnie i w ten sposób stwarzamy sobie własną ochronkę, do której wstępu nie ma nik. Tyle, że tym samym tworzymy sobie bezludzie – obszar tylko dla siebie a więc bez nikogo więcej. Sama nie jestem jeszcze pewna swoich wniosków. Być moze znów tworzę fatalistyczną wizję świata – mam do tego szczególne zdolności. Ale nie wydaje mi się, żebym nie miała do tego podstaw.

Gdzie leży granica między egoizmem a asertywnością.. nie wiem. Wiem tylko tyle, że egoizm zakłada nieliczenie się z drugim człowiekiem, czego o asertywności powiedzieć nie można. Ale co dalej?

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Czasami bywa tak, że można się zdziwić.

20 październik 2009 at 12:38 pm (filozofia codzienności)

Życie dostarcza nam wielu doświadczeń. Kiedyś, gdy miałam jeszcze pamiętnik i prosiłam o wpisywanie się różnych ludzi,  a wśród  wielu tekstów znalazłam taki:

Życie bywa zabawne, lekkie i przyjemne..

Ale zazwyczaj jest odwrotnie.

Było to chyba w ósmej klasie podstawówki i szczerze powiem – nie zdawałam sobie sprawy z tego, co też autor chciał przez to powiedzieć. A trzeba zaznaczyć, że myśl ta jest autorstwa osoby wpisującej się – nie jakiś tam Oscar Wilde czy inny złotomyśliciel tak chętnie cytowany w pamiętnikach. Nie zastanowiłam się  pewnie wtedy nawet nad tym dlaczego ten ktoś tak w ogóle napisał, aż do teraz.

Nie wiem w sumie czy mogę się wypowiadać w kwestii życia jako takiego. Cóż ja mogę powiedzieć z perspektywy moich 24 lat? A jednak.. zdarzały się w mojej historii sytuacje przeróżne. Być może dodatkowo fakt, że więcej na temat życia myślę, niż ustawa przewiduje, daje mi niejako prawo do zauważenia pewnych prawidłowości. Dotyczą one oczywiście głównie mojego życia, nie mam zamiaru pokusić się nawet o generalizację. Tak więc zauważam, że w moim życiu bywa tak, że się można zdziwić.

Przedmiot moich rozważań dotyczyć będzie naturalnie relacji z innymi ludźmi. Relacje z innymi to temat, który w mojej głowie powtarza się wciąż w kółko – jak dźwięk na starej sfiksowanej płycie.

Myślę, że sens swojego życia upatruję w odbiciu relacji z innymi. Jestem na tym punkcie jakoś chyba odrobinę nadwrażliwa też, bo wydaje mi się, że bardziej niż inni ludzie, zwracam na to uwagę. Sama nie wiem czy to dobrze – dla mnie chyba nie najlepiej. Do rzeczy jednak…

Nie potrafię uczyć się na błędach. Choć do ludzi podchodzę zazwyczaj z dużą ostrożnością, nawet chyba nieufnie odrobinę, to jednak zawsze wiem, że jest we mnie ogromna potrzeba bliskości. Chodzi mi o taką bliskość bezpłciową – międzyludzką – o takie porozumienie metafizyczne.. Choć z drugiej strony czy to błąd potrzebować jakiejś duszy pokrewnej?

W obecnych czasach, kiedy relacje międzyludzkie uległy ogromnemu rozluźnieniu, kiedy przestało się mówić o miłości czy przyjaźni bo znaleziono nowe określenie brzmiące: “związki partnerskie”, nie ma chyba miejsca na tak archaiczną sprawę jak prawdziwa bliskość. Staliśmy się ogromnymi egoistami, którzy na świat patrzą tylko z perspektywy swoich potrzeb. Póki utrzymywanie relacji z kimś jest dla nas źródłem satysfakcji – jest ok. Ale w chwili, gdy pojawia się konieczność jakiegoś poświęcenia, wtedy mówimy, że “czas zakończyć już ten związek”. Tak dla jasności powiem, że nie chodzi mi tylko o związki między kobietą a mężczyzna. Chodzi o wszelkie relacje, jakie tylko człowiek potrafi zawrzeć. Czy w przyjaźni jest inaczej?

Czuję, że w świecie, który zasiedla coraz większa liczba ludzi, jestem sama. Czuję się jak pustelnik na odludziu, jak gdyby wokół mnie nie było nikogo, kto mówi w moim języku. Niewesołe jest to odkrycie. Zauważam, że póki komuś nie przeszkadzam, jest ok. Póki żyję obok, nie ingeruję w cudzą bańkę prywatności, mogę być. Ale jeśli nadepnę choć odrobinę na cudze terytorium.. wtedy.. wtedy odczuwam, że nie mam prawa. I wtedy właśnie stwierdzam, że czasami bywa tak, że można się zdziwić.m No bo moim postrzeganiu życia-świata kryje się oszar pod nazwą “być z kimś blisko”. Jednak cóż to oznacza? Dla mnie coś na prawdę wielkiego, coś ważnego.. a dla współczesnego świata? Chyba niewiele. I dlatego po raz kolejny się zdziwiłam…

Bezpośredni odnośnik 6 komentarzy

wszystko nie-tak

15 październik 2009 at 3:34 pm (filozofia codzienności) (, , , , , , )

Jakoś inaczej wyobrażałam sobie pierwszy śnieg w tym roku. No bo oczywiście myślałam już o śniegu, właściwie od początku września :) Wymyśliłam sobie wtedy, że śnieg pojawi się w połowie listopada, że owszem, będzie już dosyć mroźno, ale przyjemnie.. że ogromne białe płaty śniegu po prostu zaczną gęsto sypać się z nieba porą koniecznie wieczorną. Miałam wtedy stać w oknie z kubkiem gorącego kakao i zachwycać się widokiem śniegu oświetlonego ulicznymi latarniami. O ile pamiętam, tak to właśnie wyglądało w zeszłym roku i o ile dobrze sobie przypominam, dostałam wtedy smsa od Kota, która to była równie oczarowana pojawieniem się śniegu, jak ja. (a może było to dwa lata temu?:)

Tymczasem widok śniegu nie przyprawił mnie o miłe dreszcze a raczej o ból głowy. Nie spodobało mi sie to, co zobaczyłam dwa dni temu po przebudzeniu za oknem. Lubię grube swetry, czapki, szaliki.. ale żeby w połowie października? Zupełnie nies podobało mi się to wszystko, nie spasowało mi. Na szczęście śnieg zniknął póki co i jest szansa na jeszcze odrobinę jesieni. Jest też szansa na to, że widok śniegu jeszcze zdąży mnie ucieszyć tego roku, ale z pewnością to nie będzie już to samo…

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Next page »