01.02.2010
Świat stanął na głowie a porządek rzeczy uległ defragmentacji. Tosia jest już na świecie!
Trudno opisać słowami to wydarzenie. Można powiedzieć, że to coś wprost nadludzkiego, gdyby nie to, że jednak doświadczyłam i przeżyłam :) Tak czy siak – niewątpliwie trudna sprawa. Wielkie przeżycie.
Nie mogłam doczekać się chwili, gdy zobaczę swoje maleństwo. W momencie, gdy się to stało, nie było ważne już nic, co wydarzyło się wcześniej. To kolejna sprawa, którą trudno wyjaśnić. Po nieopisanym bólu i ogromnym wysiłku związanym z porodem zalała mnie fala czystej miłości i w momencie nie ważne stało się to wszystko, co musiałam przeżyć. Ta istotka w małym ciałku leżała na moim brzuchu i wołała do świata, że oto jest.

I od tego momentu wszystko mi się poprzewracało. Dobrze, że w każdym momencie mogę liczyć na Miśka :*

To, co czuję teraz to maksymalnie wybuchowa mieszanka skrajnych emocji. Totalny Baby Blues:) Przede wszystkim jednak jestem szczęśliwa – tak prawdziwie i głęboko szczęśliwa. Jestem tak szczęśliwa, że nawet nie podejrzewałam, że takie coś odczuwać można. Czy może przydarzyć mi się coś jeszcze piękniejszego?

tik tak tik tak…
Zabawne, od miesiąca mam przeczucia i nic z nich nie wynika. Wydawało mi się na początku, że maluszek pojawi się jeszcze przed Nowym Rokiem. Nowy Rok nadszedł jednak i nic. Później wpadłam w wir przygotowań więc przez kolejne dwa tygodnie wolałam nie urodzić jeszcze. Jednak gdy już wszystko zostało dopięte na ostatni guzik – znów pojawiły się przeczucia. Nic z tego jednak – mała ani rusz. Zabrałam się więc za pisanie pracy. Kolejny rozdział skończony – kilkanaście dni intensywnego wysiłku intelektualnego i wielkie zadowolenie – bo plan dotyczący magisterki nad-wykonany. Właśnie skończyłam. Tak więc po raz trzeci zaczynam przeczuwać :)
W ostatnich dniach zostały nawet poczynione pewne zakłady w rodzinie. Babcie obstawiały Dzień Babci (no niestety, właśnie się kończy), dziadkowie Dzień Dziadka z adnotacją, że w takim razie może to jednak chłopak (co też im do głów przyszło?). Siostry prosiły, bym nie rodziła w sobotę, bo obydwie mają zaplanowane ważne sprawy i nie będą mogły zaangażować się należycie w świętowanie urodzin Tosi. Misiek natomiast zażyczył sobie właśnie, żebyśmy urodzili w poniedziałek, bo wtedy będzie to fajny akcent na jego własne urodziny a poza tym w przyszłym tygodniu zaczyna popołudniowe dyżury w pracy, których nie lubi – dobrze by było więc pójść wtedy na tatusiowy urlop. Cwaniak :>
Myślę jednak, że chcąc nie chcąc – musi się to stać niebawem. Termin wyznaczony mam na sobotę więc nie może to trwać dłużej jeszcze niż kilka dni. Chodzę sobie jak pingwinek – bujam się z boku na bok i raz po raz przeglądam czy wszystko na pewno gotowe. Czas płynie tik tak tik tak tik tak…
Zwiastuny nadchodzącego…
Śpimy – jak to się mówi – w butach. Choć jak na złość akurat dziś zepsuł się samochód. Na szczęście jednak to nie taki duży problem – szpital jest niedaleko. Jeśli trzeba będzie, dojdę tam choćby i na piechotę. To nawet byłoby chyba korzystne biorąc pod uwagę modę na tak zwany poród aktywny ;)
Jakoś tak dziwnie zabrałam się wczoraj z zapałem do pisania pracy mgr. Jeśli mała da mi jeszcze kilka dni – skończę kolejny rozdział. Zabawne :) Zastanawiam się skąd mi się to wzięło? Być może to dlatego, że wszystko już przygotowane i nie mam się czym zająć? Czymś przecież muszę zabić czas i ułatwić sobie oczekiwanie – inaczej będę się stresować. Z drugiej zaś strony dziwne to mimo wszystko, że mam w sobie aż tyle energii – inaczej wyobrażałam sobie ostatnie dni przed porodem. Ale to miła niespodzianka – ostatecznie to, czego najbardziej nie lubię, to nie mieć siły.
Najbliższe dni (może godziny?) dzielą mnie od spotkania z moim maluszkiem. Już się nie mogę doczekać…

“dla mojej córki kawałek”
Emocje szaleją. Raz chce mi się śmiać a zaraz znów płakać. W momencie potrafię się zdołować a zaraz znów nastrój wraca rewelacyjny i chce mi się wszystko. Karuzela niesamowita. Trudno to wytrzymać.
W ramach drobnych przyjemności poszłam sobie dzisiaj z rana do kosmetyczki. Zazwyczaj nie robię takich rzeczy bo jakoś takie sprawy na co dzień mnie nie kręcą ;) ale dzisiaj akurat wprawiło mnie to w doskonały nastrój. Poza tym postanowiłam skupić się teraz już tylko i wyłącznie na sobie. Czasem trzeba.
Za to jestem pozytywnie zdziwiona Miśkiem swym, który to w ostatnich dniach emocjonalnie angażuje się w to, co niebawem ma nastąpić. Bardzo to fajne jest i sprawia, że czuję się dobrze.
Siedząc u kosmetyczki naszły mnie takie refleksje, że w zasadzie możemy mówić o dużym farcie. Mamy siebie, mamy zdrowie, mamy rodzinę, na którą możemy liczyć, mamy przyjaciół, mamy pracę na etacie, mamy za co się utrzymać, mamy gdzie mieszkać, mamy stałe łącze internetowe ;) mamy już wózek i paczkę pieluch w szafie, będziemy mieć dziecko.
chlip chlip (wzruszyłam się;)
Można chyba mówić o szczęściu w naszym przypadku..
Czuję się dzisiaj tak fajnie a Misiek od rana chodzi i słucha: