co CZUJĘ na temat niepełnosprawności?
Praca magisterska się pisze. Coraz klarowniej przedstawia się jej główny wątek. Coraz wyraźniej widzę też kształt, jaki powinna przybrać. W końcu wiem, o czym chcę pisać! (Mimo to, że temat swojej pracy znam od ponad roku, to jednak nie było dla mnie takie oczywiste, jak praca ma wyglądać). Niżej przytaczam jej króciutki fragment (pochodzący z rozdziału traktującego o problemach społecznych, które składają się na obszar zainteresowań organizacji, o której piszę).
(…) Problem stanowią również reakcje otoczenia społecznego na niepełnosprawność. Postrzegane odchylenia od normy, obejmujące dysfunkcje, defekty oraz ograniczenie sprawności wywołują określone reakcje społeczne. Wyrażają się one poprzez tworzenie stereotypów oraz powstawanie negatywnych postaw. Powodem tego stanu rzeczy jest fakt, że osoby niepełnosprawne postrzegane są jako słabe i gorsze w stosunku do ludzi zdrowych. Wiąże się to ze znaczeniem przypisywanym takim wartościom jak zdrowie, harmonia ciała, sprawność umysłowa czy piękno fizyczne. Mimo to, że publicznie wyrażane postawy wobec niepełnosprawnych są zazwyczaj pozytywne, co wiąże się z faktem, że negatywny stosunek do niepełnosprawnych uważany jest za pogwałcenie przyjętych norm współżycia społecznego i ogólnie potępiany, to jednak prywatne, głębsze i niezwerbalizowane postawy są najczęściej nieprzychylne lub wrogie. Jest to powodem stygmatyzacji i segregacji prowadzącej do społecznego wykluczenia osób niepełnosprawnych.
Naturalnie pisząc swą pracę, opieram się o opracowania naukowe. Sama tego wszystkiego nie wymyśliłam. Nawet nie przyszłoby mi to pewnie do głowy, mimo to, że od dawna gdzieś pod skórą wyczuwałam, że to co czuję a to co myślę na temat niepełnosprawności, to dwie różne sprawy… No i cóż.. czy się zdziwiłam? No.. zdziwiłam się.. gdy okazało się, że ludzie faktycznie mają nieprzychylny stosunek do niepełnosprawnych, mimo publicznie wyrażanych pozytywnych postaw. Co więcej, stwierdzenie to skłoniło mnie do zagrzebania w manowce swoich własnych niezwerbalizowanych postaw wobec tematu niepełnosprawności jakiejkolwiek. Doszłam do wniosku, że bardzo mądrze ktoś to zauważył.. bo ja sama również nierzadko mam z tym problem.
Od około 5 lat obnoszę się z tym, że oto jestem wolontariuszką, że oto mam kontakt z wszelaką niepełnosprawnością i działam na rzecz osób nią dotkniętych. Jestem nawet członkiem stowarzyszenia działającego w tym obszarze. Wielkie idee, działalność prospołeczna, ochy i achy..
A co siedzi w głębi?
Strach.. o to, że mnie lub kogoś z moich najbliższych spotka niepełnosprawność.
Niechęć.. bo im niepełnosprawność głębsza, tym trudniej ją akceptować.
Brak cierpliwości.. bo trudno czasem o cierpliwość w stosunku do ludzi zdrowych, a co dopiero niepełnosprawnych.
Zniechęcenie.. bo efekty pracy następują tak wolno, że prawie niezauważalnie.
Zwątpienie.. że jest w ogóle jakikolwiek sens..
Mogłabym tak wymieniać dłużej. Nie o to jednak chodzi..
Zastanawiam się teraz co jest powodem tej dysharmonii moich postaw? Czyżby do głosu znów dochodziły prawa psychologii społecznej? Dysonans poznawczy? Że niby chcąc się uważać za osobę szlachetną, angażuję się w działania na rzecz niepełnosprawnych, gdy tymczasem moja podświadomość daje mi wyraźne znaki, że moje postawy nie do końca są tak różowe, jak mi się wydaje? Trudno się do tego przyznać, ale tak. Tak właśnie jest i przyznaję się do tego: daleko mi do ideału, za który chcę siebie samą uważać.
Zastanawiam się też z czego to wynika? Być może fakt, że jeszcze do niedawna osoby niepełnosprawne spychane były na margines społeczny a możliwości do życia i funkcjonowania stwarzano im jedynie w wydzielonych fizycznie i architektonicznie strefach, obejmujących głównie instytucje opieki społecznej i zdrowotnej oraz szkolnictwa specjalnego? Być może to, że dawniej brakowało jednak tej integracji społecznej osób niepełnosprawnych na to wpływa? Być może mój głęboko zakorzeniony stosunek do niepełnosprawności nie wynika więc tylko i wyłącznie z mojej winy?
Ale są i dobre strony.. Jednak nie odpuszczam. Wolę powalczyć z własnymi zahamowaniami i niechęcią aniżeli odpuścić działanie. To chyba pozytywny wymiar sprawy. Być może dzięki temu stanę sie odrobinę lepszym człowiekiem?
Karp ‘09
Jak co roku o tej porze, mimo braku śniegu, pojawia się w mej percepcji życia świata pewien drobny aczkolwiek szczególny element. Sprawia on, że zaczynam czuć się zupełnie wyjątkowo, odbierać pozytywne wibracje, oczekiwać.. Otóż moi drodzy Państwo, idą święta!
Nie wiem co takiego powoduje, że ten przedświąteczny czas jest tak zupełnie specyficzny, szczególny, specjalny.. po prostu wyjątkowy..
Jeśli o czasy szkolne chodzi, to święta kojarzyły się z samymi przyjemnościami. Nie tylko prezenty, nie tylko wyjątkowo pozytywna atmosfera w rodzinie, ale także długi odpoczynek od szkoły. Święta to był moment, w którym wiedziałam, że właściwie semestr mam za sobą (jako osoba raczej dobrze ucząca się, nie miałam na głowie “poprawiania” ocen, aby dobrze wypaść na semestr) i oto nastał zasłużony odpoczynek. Dużo przyjemności – świąteczny nastrój w świeżo pachnącym domu, więcej czasu na spotkania ze znajomymi, ogólna radość i ciepło.
Już od dawna jednak nie chodzę do szkoły więc obecnie tych profitów z okazji świąt jest nieco mniej. Jednak święta w moim mniemaniu nic nie straciły ze swej wyjątkowości. Teraz po prostu zmieniły się ich zwiastuny :)
Jak co roku o tej porze, z niecierpliwością oczekuję premiery karpia trójkowego. Jestem jego wierną fanką i niesamowicie cieszy mnie ta inicjatywa trójkowych dziennikarzy. A więc to już jutro! Jutro w Trójce odbędzie się pierwsza świąteczna licytacja i jutro także jest ten dzień, w którym wyemitowana zostanie po raz pierwszy nowa wersja karpia: Karp ‘09
Zaczynam więc pomalutku odczuwać..
Idą, idą święta!
( a tak na rozgrzewkę.. :)
Szkoła rodzenia, czyli: dzień dobry, kocham cię.
Jeden z odcinków Przystanku Alaska zatytułowany “Dzień dobry, kocham cię” opowiada o narodzinach małej Mirandy, córki Shelly i Hollinga. Oglądałam ostatnio ten odcinek z ogromnymi wypiekami na twarzy. Cóż, mnie samą niebawem czeka taki wyczyn i nie powiem, żeby mnie to nie stresowało. Jedno jest pewne: urodzić muszę, nikt tego za mnie nie zrobi.
Nie znam kobiety, która nie bała/boi się porodu. Szczególnie jeśli jest to pierwszy poród. Ostatecznie jest to wydarzenie, które wiąże się przecież z ogromnym wysiłkiem i bólem, którego każdy normalny człowiek się obawia. Tak już jest skonstruowany nasz system nerwowy. Towarzyszą temu dodatkowo różne inne okoliczności, które trudno jest nazwać przyjemnymi.
Właściwie ciąża sama w sobie jest dosyć trudnym wyzwaniem. Trzeba zmagać się nie tylko z niespodziewanymi zmianami zachodzącymi w organizmie. Dochodzą do tego różne inne dziwne kwestie związane z psychicznym funkcjonowaniem, których nie można przewidzieć wcześniej. To znaczy owszem, wiadomo o nich i w literaturze szeroko opisywane są te zmiany. Jednak czytać, słyszeć, dowiadywać się – a doznać – to zdecydowanie coś innego. Rozumiem teraz jak ważne dla samej ciąży (a przez to rozwoju dziecka) jest planowanie. Łatwiej bowiem przyjąć te wszystkie okoliczności dotyczące zmian fizycznych oraz psychicznego funkcjonowania mając świadomość, że jest to skutek własnej decyzji a nie jakiegoś przypadku.
Wracając jednak do samego porodu.. im bliżej, tym większe napięcie. Trzydzieści tygodni ciąży minęło nie wiadomo kiedy. W tym czasie schudłam 4 kilogramy; miałam wstręt do mleka, twarożku i mięsa; płakałam z byle powodu; przeżywałam chroniczne, nie dające się opanować zmęczenie; ciągle spałam; poczułam przypływ ogromnej miłości do męża (o którą się nawet nie podejrzewałam wcześniej;) ; oczekiwałam na pierwsze oznaki zaokrąglania się brzucha; namiętnie kupowałam ubrania ciążowe (chodziłam w nich nawet wtedy, kiedy jeszcze nie było takiej konieczności;) następnie odzyskałam apetyt; przytyłam 7 kilogramów (póki co;) ; obrażałam się na męża z byle powodu; straciłam cierpliwość do czegokolwiek; wkurzałam się na głupie reakcje ludzi na ulicy (krzywo patrzące się moherowe panie); oczekiwałam pierwszych wyczuwalnych ruchów; wyobrażałam sobie jak mój syn dorasta, gdy okazało się, że to córka; wymyślałam imię; wróciłam na uczelnię; zaczęłam regularnie ćwiczyć; zapisałam się do szkoły rodzenia; wyczytałam wszystko na temat rozwoju dziecka w poszczególnych miesiącach i o porodzie; zaczęłam odczuwać ból kręgosłupa; napisałam kawałek pracy magisterskiej…
TEN dzień zbliża się wielkimi krokami. Wyobrażam sobie czasem jak to będzie starając się stosować pozytywną wizualizację. Nie lubię bólu, szczególnie nie lubię, gdy mnie coś boli. Jednak odkąd obejrzałam ten odcinek serialu, moje nastawienie do samego porodu zmieniło się. Z otwartą buzią patrzyłam na poród Shelly, która z cała determinacją i poświęceniem stawia czoło wyzwaniu. Poczułam wtedy, że przecież ja też tak mogę. Przestałam myśleć o tym wydarzeniu jak o krzywdzie, która ma mnie spotkać. Bo przecież nie o mnie tu chodzi! Przecież chodzi o to, żeby moje maleństwo całe i zdrowe przyszło na świat a moim zadaniem jest sprawić, by stało się to jak najszybciej. A to będzie dopiero początek.. bo cała magia tkwi w tym, że teraz najważniejszą na świecie osobą jest ona. Od chwili, w której powstała myśl, aż do końca świata. Wszystko się zmieniło, moje życie w ciągu tych kilku miesięcy przewartościowało się na amen. Niesamowite to uczucie :)

Tu zaledwie 6-tygodniowa. Moja mała..
małżeństwo. sezon drugi. 2.
No i nadszedł moment, w którym moje małżeństwo zaczęło być już sprawą co najmniej normalną. W związku z tym na wierzch wyszły sprawy, które wcześniej zakopane były głęboko pod euforią, bujaniem w obłokach, hormonami szczęścia i upajaniem się, krótko mówiąc, byciem-razem. Wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie, ale nawet nie próbowałam sobie wyobrazić jak to będzie.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że moje reagowanie stało się co najmniej nieprzewidywalne. Sama doskonale zauważam tą zmianę. Z lekkim niepokojem dostrzegam, że stałam się dosyć histeryczna. Pocieszam się tym, że to na pewno sprawka tych hormonów i jeszcze tylko kilka miesięcy.. i wszystko wróci do normy. Nie jest mi fajnie w tej nowej roli rozchwianej żony, która nie da żyć i czepia się o każdy szczegół. Wiem, że się czepiam, ale cóż poradzić, że tak mi nagle te szczegóły zaczęły przeszkadzać?
No dobra, trochę rozsądku trzeba zachować – nie można poddać się tym nastrojom tak do końca i bezkrytycznie. W związku z tym będąc ostatnio w pięknym mieście Krakowie, zaproponowałam Miśkowi wspaniałomyślnie, żeby wyszedł z kolegami na miasto się rozerwać. Odkąd wyprowadziliśmy się z Krakowa, nie miał takiej okazji więc moja propozycja miała być tym bardziej miła. Wiążąc sznurowadła butów zapytał czy jestem pewna swojego pomysłu, a ja kiwnęłam głowa, że owszem i niech bawi się dobrze – dorzuciłam. Byłam z siebie tego wieczoru całkiem zadowolona aż do momentu, kiedy zaczęłam czuć się źle. To mnie w boku zaczęło gnieść, to uszy zaczęły boleć (od leżenia), to żołądek dał znać, że wypiłam za dużo kolki itd. Trzymałam się jednak dzielnie do północy, później – zamiast iść spać – zaczęłam wkręcać sobie, że właściwie to już Misiek mógłby wrócić i dlaczego go jeszcze nie ma? Czy on nie wie, że ja tu się źle czuję (oczywiście, że nie wiedział, bo skąd miał wiedzieć?) i czy to, że go jeszcze nie ma oznacza, że woli być tam gdzieś zamiast tu ze mną? Hasać po mieście beztrosko zamiast masować ciężarnej żonie spuchnięte stopy? Jeśli tak, to jak będzie wyglądać nasza przyszłość? A gdy urodzi się mała? Czy będzie wolał spędzać czas poza domem? Co, jeśli wybierze wolność a nie rodzinę? Już zaczęłam się wkręcać na maksa, już poszły w ruch nocne esemesy do kota o treściach histerycznych, już film miałam w głowie, jak to mój ukochany oddala się ode mnie i dzidzi, bo nie podoba mu się rodzinne życie, już byłam bliska płaczu, gdy nagle.. zadzwonił telefon, żebym otworzyła drzwi. Misiek wrócił i złe koszmary odleciały w jednej chwili. Co prawda była godzina druga w nocy, ale to już nie było ważne. Tym bardziej, że kolega, u którego nocowaliśmy, i z którym Misiek wyszedł na miasto, wrócił o 9tej rano ;)
“nie chcę Cię z oczu stracić więc..
jeszcze więcej
jeszcze więcej
jeszcze więcej
dzień dobry…”
:)
granica?
Gdzie jest granica między egoizmem a asertywnością? Dobry temat Kot zapodała. Cóż.. żyjemy w takich czasach, gdzie np. tolerancja wywleczona została na lewą stronę do granicy absurdu więc nie dziwne, że jest problem z tym co dokładnie tym egoizmem nazwać można?
Poza tym.. tak mi się wydaje.. egoizm jako taki przestał być już zupełnie pejoratywną sprawą. Co prawda nikt nie chwali się chętnie tym, że jest egoistą (choć spotkałam się już z takim podejściem, gdy ktoś wprost oznajmił mi, że jest hedonistą i dobrze mu z tym), wolimy powiedzieć, że czujemy się jednostką i najważniejsza jest dla nas samorealizacja. Brzmi nieźle, nie? A co się za tym kryje? Ano skupienie na samym sobie, szukanie własnego prywatnego szczęścia. Gdzieś wyczytałam, że jedyną granicą szukania takiego prywatnego szczęścia oraz indywidualnej samorealizacji jest nienaruszanie dobra drugiego człowieka. Tu właśnie pojawia się mój problem: co znaczy nie naruszać dobra drugiego człowieka? Czy to oznacza, że nie mam prawa naruszać tej bańki prywatności? Cóż.. każdy z nas ma taką bańkę, taką zupełnie intymną swerę, której naruszać drugiemu nie wolno. Rzecz w tym, że kiedyś ta bańka była znacznie mniejsza – teraz w swerę spraw nienaruszalnych włączają się coraz to nowe obszary, bańka rośnie i w ten sposób stwarzamy sobie własną ochronkę, do której wstępu nie ma nik. Tyle, że tym samym tworzymy sobie bezludzie – obszar tylko dla siebie a więc bez nikogo więcej. Sama nie jestem jeszcze pewna swoich wniosków. Być moze znów tworzę fatalistyczną wizję świata – mam do tego szczególne zdolności. Ale nie wydaje mi się, żebym nie miała do tego podstaw.
Gdzie leży granica między egoizmem a asertywnością.. nie wiem. Wiem tylko tyle, że egoizm zakłada nieliczenie się z drugim człowiekiem, czego o asertywności powiedzieć nie można. Ale co dalej?